TADŻYKISTAN – KHUJAND (CHODŻENT)

Tadżycki Khujand (Chodżent) jest jednym z największych miast Tadżykistanu, a także pierwszym miejskim ośrodkiem na drodze od granicy w Bekobod do Duszanbe, był to zatem nasz pierwszy przystanek po wyjechaniu z Uzbekistanu. Jeszcze w Warszawie nasz znajomy Tadżyk zachwalał Khujand, twierdząc, że wśród jego krajanów słynie ono z… najlepszych szaszłyków. Czy są najlepsze – nie wiemy, ale sam fakt, że miasto otoczone jest górami, mało tłoczne, a w jego pobliżu znajduje się Zbiornik Kajrakkumski było wystarczającym argumentem, aby tam własnie złapać trochę oddechu przed dalszą drogą.

HOTEL LENINABAD W MIEŚCIE LENINABAD 

Taksówkarz wiozący nas z granicy, usłyszawszy, że zależy nam na możliwe najtańszym noclegu, podwiózł nas prosto pod drzwi wielkiego hotelu Leninabad, którego nazwa pochodzi od dawnej nazwy miasta. Wysoki na niemal dziesięć pięter moloch czasy swojej świetności ma już dawno za sobą, co rzuca się w oczy zwłaszcza po przekroczeniu jego progów – kto pamięta Wojskowe Domy Wypoczynkowe, temu łezka się w oku zakręci. W głównym hallu panuje półmrok i cały przybytek wygląda na raczej opuszczony, na recepcji zastałyśmy jednak bardzo miłego pana, który przydzielił nam pokój po wypełnieniu kilku pożółkłych kwitków, zaznaczając, że winda nie działa, więc daje nam drugie piętro, żebyśmy się nie nachodziły. Podobno wszystkie piętra od trzeciego lub czwartego (krążą sprzeczne informacje) w górę są wyłączone z użytku, pewnie raczej ze względu na brak zapotrzebowania na pokoje niż z uwagi na fakt, że wspomniana winda dawno już pordzewiała.

Widok na zachód słońca z balkonu hotelu Leninabad

Na każdym piętrze urzęduje pani etażowa, czyli ‘opiekunka’ segmentu. To ona w cenie 1 TJS przyniesie nam do pokoju wrzątek, papier toaletowy czy co tam potrzebujemy (oczywiście bez przesady). Same pokoje wyposażone są w łazienkę, mały stoliczek z dwoma krzesłami i mały balkon z pięknym widokiem, zwłaszcza o zachodzie słońca. Łóżka są okej, ale nie jesteśmy tu najlepszym wyznacznikiem – każdy dach nad głową jest dla nas okej, w myśl zasady: niewiele płacę, to i niewiele wymagam.  Swoją drogą, w jednym z przewodników natknęłyśmy się na informację, jakoby hotel był wyjątkowo niebezpieczny dla podróżujących kobiet – podobnież za dopłatą recepcja oferuje mieszkającym tam mężczyznom klucze do ‘żeńskich’ pokoi. Jeśli ktoś twierdzi, że taka sytuacja mu się przydarzyła to pewnie tak było i nie będziemy z tym dyskutować, zwłaszcza, że podróżując i my nie uniknęłyśmy przykrych sytuacji. Niemniej jednak jedyną rzeczą, która w Leninabadzie przydarzyła się nam, był wyjątkowo natrętny sąsiad wychylający się z sąsiedniego balkonu i zaglądający w nasze okna, który usilnie chciał wprosić się do naszego pokoju. A że na oko lat miał nie więcej niż szesnaście, zbyłyśmy go zasłoniętą zasłoną. Tak czy inaczej, jak to w podróży, zwłaszcza kobiecej – zawsze lepiej mieć oczy dookoła głowy i ufać instynktowi.

CZERWONA GWIAZDA NAD JEDWABNYM SZLAKIEM

Chociaż historia Khujand sięga prawie dwa i pół tysiąca lat wstecz i w mieście jest co zwiedzać, postanowiłyśmy spędzić cały dzień snując się po nim, gapiąc na rzekę Syr Darya, by ostatecznie zasiąść na dobre na balkonie i popatrzeć się na przepiękny zachód słońca nad górami. Chodząc szerokimi ulicami natknęłyśmy się na sporo pozostałości po Związku Radzieckim – mozaiki na elewacjach budynków, pomniki z nieśmiertelną czerwoną gwiazdą i statuę Lenina, przeniesioną z centrum miasta na obrzeża pod osłoną nocy (jak mniemamy), bo choć Wielki Brat wciąż patrzy, to lepiej, żeby patrzył z daleka. W centrum urzęduje bowiem młodszy brat Wielkiego Brata – Emomali Rahmon, dyktator dobrotliwie zerkający na swój naród z wielkich plakatów propagandowych.

Ciekawe  było też odwiedzenie urzędu migracyjnego celem zarejestrowania swojego wjazdu na teren kraju, co nie było konieczne według przewodnika, było natomiast absolutnie konieczne zdaniem recepcjonisty Lenianabadu. Znalazłysmy zatem właściwy budynek, w którym z parteru skierowano nas na czwarte piętro, gdzie powiedziano nam, że zaświadczenie jest rzeczywiście niezbędne, ale wyrabia się je na drugim piętrze. Prośba o zaświadczenie o pobycie w kraju wprawiła jednak panią z okienka na drugim piętrze w konsternację, bo przecież wszelkie migracyonnaye bumagi wydawane są na parterze. Parter, słysząc o naszym odbijaniu się od okienka do okienka przyznał się do błędu, bo to miało być trzecie, a nie czwarte piętro. Trzecie piętro zaś oświadczyło nam, że obejdzie się bez rejestracji i życzyło nam udanego pobytu. Tak dobrze nam znane z przeszłości naszego własnego kraju absurdy formalne mają się zatem w Tadżykistanie nie najgorzej.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *