UZBEKISTAN – LUDZIE

Żeby powiedzieć jacy są Uzbecy, najpierw trzeba by było ich zdefiniować. Bo o kogo właściwie chodzi? Uzbeków z Karakalpakstanu? Tadżyków z uzbeckim paszportem? Rosjan urodzonych w stolicy kraju za Sojuza, którzy po rozpadzie związku zostali? Rdzennych mieszkańców rejonu żyjących tam od dziada pradziada? Przez cały pobyt w kraju spotkałyśmy wielu ludzi, a każdy z nich to inne pochodzenie i inna historia, mająca jeden punt wspólny – ogromna ciekawość świata.

TATA TADŻYK

Pod koniec lipca w południowo-wschodniej części kraju ukrop jest nie do wytrzymania. Kilka godzin spędzonych w pełnym słońcu przyprawia o zawrót głowy (właściwie na samą myśl o tym może się zrobić słabo), na szczęście jest kilka wyjść. Można chodzić po mieście o świcie, wiąże się to jednak z bardzo wczesnym wstawaniem, czego my nie potrafimy. Można przespać cały dzień w chłodnym, klimatyzowanym pokoju (nawet noclegownie w najniższym standardzie zazwyczaj mają klimatyzację), a wieczorem posnuć się po mieście klucząc między grupami często wewnętrznych turystów, co kilka minut przyjmując (bądź odrzucając) zaproszenie na trwające akurat w pobliskim parku wesele. Można też wybrać rozwiązanie, które nam pasuje najbardziej, mianowicie spędzić najgorętszy czas dnia w jakiejś malutkiej herbaciarni (niekoniecznie w samym centrum), popijając chłodne napoje i obserwując ludzi.

Czajkana w Samarkandzie, w której zasiadłyśmy pewnego dnia, do najmniejszych nie należała, ale miała wszystko to, czego po kilkugodzinnym snuciu się po mieście w desperackiej próbie wymiany lekko naderwanego banknotu euro było nam trzeba – wygodne miejsca przy gęsto ustawionych stołach, lokalne jedzenie i zimne piwo. Kiedy przemiły kelner płynnym rosyjskim objaśniał nam obszerne menu, bo często bywa ono obszerne tylko na piśmie, przy stoliku obok usiadła spora grupa osób, na pierwszy rzut oka Uzbeków i Europejczyków. Jeden z panów (a byli to wyłącznie mężczyźni) przyprowadził swojego sześcioletniego synka, co w Uzbekistanie nie jest żadnym zaskoczeniem, niezależnie od pory dnia. Dziecko, bądź co bądź bardzo małe, szybko znudziło się towarzystwem swojej rodziny i gości i zaczęło szukać rozrywki dalej, czyli u nas. Za dzieciakiem podszedł tatuś, postawny mężczyzna z imponującym brzuchem i zębami w różnych odcieniach złota, i tak oto nawiązała się rozmowa:

– To mój syn! Pierworodny!
– No tak, fajny, kontaktowy, pogratulować.
– Dziękuję. Wspaniały z niego będzie mężczyzna!
– Zdecydowanie. A pan lokalny, z Samarkandy?
– Tak. Prawdziwy Tadżyk z Samarkandy.
– Tadżyk? Nie Uzbek?
– A skąd. U nas w Samarkandzie sami Tadżycy. W Bukharze też. Mój syn też jest Tadżykiem. Żona też. Cała rodzina Tadżyków, wiecie, Uzbekom nie można ufać, za to nam, Tadżykom, życie możecie powierzyć, bo my jesteśmy wspaniałym narodem, wspa-nia-łym. Jak chcecie męża, bierzcie Tadżyka!

Pean na cześć Tadżyków trwał jeszcze dobry kwadrans, wystarczająco długo, aby uporządkować sobie kilka spraw w głowie. Granice w obrębie Azji Środkowej poprowadzone zostały zgodnie z zasadą dziel i rządź – wystarczy spojrzeć na pierwszą lepszą mapę, na której odrysowane od linijki grube linie dają do myślenia. Efekt tego jest następujący – znaczną część Uzbekistanu zamieszkują etniczni Tadżycy (którzy często, po rozpadzie Związku Radzieckiego mieli do wyboru przesiedlenie na teren ubogiego kraju pradziadów, albo pozostanie w znacznie zamożniejszym, choć wciąż niebogatym Uzbekistanie), północno – wschodnia część Tadżykistanu to Kirgizi (miasteczko Murghab jest w zasadzie miastem kirgiskim), Turkmeni mieszkają w Uzbekistanie, Kazachowie – w Kirgistanie, Uzbecy – w Turkmenistanie – i tak w kółko. Niekiedy różnice wyraźnie rzucają się w oczy – Kazachowie czy Kirgizi mają bardzo specyficzny typ urody. Nie sposób za to odróżnić pamirskich Afgańczyków od Tadżyków – może poza tym, że ci pierwsi mają wyjątkowo szlachetne rysy twarzy, ale to już moja opinia i zupełnie inna historia. W tym etnicznym koglu-moglu są jeszcze Rosjanie, którzy po rozpadzie sojuza zostali tam, gdzie zatrzymały ich interesy albo więzi rodzinne, dlatego w Uzbekistanie wciąż spotkamy wielu Rosjan z uzbeckim paszportem, urodzonych w Taszkiencie czy Samarkandzie, którzy nie znają języka uzbeckiego. Czasem ciężko się połapać kto jest kim.

Papa Tadżyk jest właśnie jednym z takich ludzi. Etnicznie Tadżyk, w paszporcie Uzbek, dumny ze swojego pochodzenia i szczycący się korzeniami, mówiący dziwną mieszanką dwóch języków, uznający swoją wyższość nad mieszkańcami kraju, który jest przecież jego ojczyzną.

ANGLISTA ELBEK

Papa Tadżyk mówił płynnie po rosyjsku, co nie jest przeszkodą ani dla mnie, ani dla Karoli, bo od kilku lat język wschodnich sąsiadów jest naszym podróżniczym esperanto, jakież jednak było nasze zdumienie, kiedy przysiadł się do nas jego kuzyn, Elbek, i płynną angielszczyzną, z nienagannym akcentem zapytał:

Would you mind if I joined you for a while? (Czy miałybyście coś przeciwko, gdybym dosiadł się na chwilę?)

Not at all. Wcale. Siadaj, opowiadaj. Był to chyba drugi człowiek płynnie posługujący się językiem, z którego uczenia utrzymuję się w domu, miód na moje uszy, a w podróży byłyśmy już grubo ponad miesiąc. Lubię mówić po rosyjsku, obie lubimy, ale to angielski jest językiem, w którym potrafimy wyrazić dokładnie to, co nam w duszy gra.

Elbek urodził się w Samarkandzie, jest Tadżykiem, ale czuje się Uzbekiem, pracuje jako lektor w szkole językowej i bardzo kocha swoje miasto. Pierwszy raz, w pełni otwarcie (może dlatego, że nikt w promieniu kilkudziesięciu metrów nas nie rozumiał) mogłyśmy porozmawiać o tym, jaki Uzbekistan jet naprawdę, pośmiać się z (wtedy jeszcze miłościwie Uzbekom panującego) dyktatora Karimova, ponarzekać na kondycję ekonomiczną kraju (Gdyby w Uzbekistanie kraju mieli postawić bankomaty z Somami, musieliby przetopić wszystkie pomniki Lenina na kontenery, a i tak nie starczyłoby do pierwszego). Ale przyznacie, ciągnął Elbek, że Samarkanda jest piękna. Te mozaiki, rękodzieła, dywany…nie ma piękniejszego miejsca na świecie. Wiecie, tak sobie myślę, że w Europie pewnie nie ma ludzi, co siedząc przy piwie w barze myślą: ‘A może wyskoczymy na wakacje do Uzbekistanu?’. Pewnie rozmyślacie o Francji albo Portugalii. Uzbekistan jest z boku, zapomniany, niepotrzebny, ale może, skoro tu rozmawiamy, może wy powiecie swoim znajomym, że jest takie miejsce na ziemi, najpiękniejsze na świecie, chociaż niewiele osób jest w stanie wskazać je na mapie. Powiedzcie im, żeby do nas przyjechali, żeby byli naszymi gośćmi. Bardzo bym chciał widzieć tu więcej ludzi z Zachodu. Tu, w Samakandzie, w moim domu.

Elbek miał rację. Bo chociaż Uzbekistan pełen jest postsowieckich zabudowań, bloków z wielkiej płyty, przygnębiających miasteczek i przytłaczających pustynnych przestrzeni nie dających się objąć wzrokiem, to jest to kraj na swój sposób czarujący. Spotkanie Elbeka, który zupełnie szczerze, bez, nomen omen, owijania w bawełnę z pasją opowiadał o swoim kraju, każe mi powiedzieć z pełną odpowiedzialnością: olejcie Francję, jedźcie do Uzbekistanu. Wyjdźcie do ludzi i pokochajcie ich. A jak już będziecie jechać, dajcie znać. Damy wam namiary na Elbeka, którego od nas uściskacie.

NA STRAŻY ŁADU, PORZĄDKU I PRZELICZNIKA

  1. Wydaje mi się, że ludzie ze wschodniej strony żelaznej kurtyny widzą postradziecki Wschód inaczej. Weźmy pisany przez Amerykanów przewodnik Lonely Planet za przykład: kartkując go w poszukiwaniu najtańszego noclegu, nieraz natkniemy się na fragmenty przestrzegające przed wchodzeniem w jakąkolwiek interakcję ze służbami, bo może to grozić poważnymi konsekwencjami. Widzisz mundur? Przejdź na drugą stronę ulicy. Może to kwestia głupiego szczęścia, a może po stan rzeczy, ale przez całą podróż po Jedwabnym Szlaku uzbeccy policjanci byli dla nas wyjątkowo życzliwi, a nierzadko wręcz pomocni, choć prawdą jest, że znajomość rosyjskiego bardzo kontakty ułatwia.

Stacja metra Toshkent w Taszkiencie. Przed wejściem bramki i trzech mundurowych przeszukujących torby wszystkich podróżnych. Nadchodzi nasza kolej:

-Zdrastvuytye. Dzień dobry. Cóż te wasze torby takie wielkie?
– Aparat fotograficzny, panie władzo. I chusta, żeby w razie upału chronić się przed słońcem. I dwie butelki wody. I przewodnik. I notes. I chusteczki. Wyjąć?
– Nie nie, jest ok. Jak Wam się podoba Uzbekistan?
– Piękny, choć trzeba przyznać, że trochę tu u was gorąco.
– Bywa gorzej. A dokumenty macie? Rejestrację macie?
– Macie, macie, już pokazuję.
– Pani się nie kłopocze, sam paszport wystarczy. (Kartkując paszport) O, a panie to widzę, podróżniczki. Kawał świata zwiedziły! A mąż jest?
– Nie, panie władzo, mąż by z domu nie wypuścił. Wie pan jak jest (słusznie zakładamy w ciemno, że jest to coś, co policjant chce usłyszeć).
– No tak, tak…ja żony nie mam, ale koledzy już po ślubie. Z Polski jesteście? Wspaniale! Lewandowski! Kilka dni temu widziałem mecz, szkoda was, ten Ronaldo taki laluś, a Lewandowski to klasa sama w sobie! Wspaniały piłkarz! Wspaniały! (Polska kilka dni wcześniej przegrała mecz z Portugalią)
– Tak tak, nasza duma.
– No, dziewczyny, a przewodnika jakiegoś macie? Nie? A do kiedy zostajecie? Do jutra? Szkoda, bo dziś akurat mam służbę do późna, ale nic, weźcie mój numer telefonu, jak kiedyś wrócicie do Taszkientu, bo przecież wrócicie, to osobiście was po nim oprowadzę! Tyko obiecajcie, że zadzwonicie!
– Koniecznie, panie władzo. Do miłego!

Ciekawe jest to, że obecnie Polska to już nie Sojuz, armia, służba w Suwałkach czy ‘nie lubicie Rosjan’. W 2016 roku Polska to już tylko Lewandowski, od Baku aż po Biszkek. Ale to jedna z wielu takich rozmów, które odbyłyśmy.

Granica uzbecko-tadżycka w okolicy miasta Bekobod, jeszcze po stronie uzbeckiej. Kontrola paszportowa, a co za tym idzie, kontrola celna. Wjeżdżając do kraju miałyśmy ze sobą 300€ i 200$. Chwilę przed wyjazdem, dopadłszy działający bankomat, wypłacamy jeszcze 300$, bo nie wiadomo co nas spotka w tadżyckim Khujand (Chodżencie). Bilans jest więc taki, że opuszczamy kraj biedniejsze o euro, za o bogatsze o sto amerykańskich patyków, walutę deficytową w Uzbekistanie, ale nauczone doświadczeniem (i z głową obitą o mur zbudowany z absurdów uzbeckiej biurokracji) z dumą pokazujemy kwit z bankomatu, który w naszym, bądź co bądź zachodnim pojęciu, jest niezbitym dowodem na to, że nasze dolce wydałyśmy (tak po prawdzie nie wszystko, część była w plecakach poupychana po paczkach z kobiecymi produktami higienicznymi, ale w takie miejsca naprawdę nikt nie zagląda), a resztę wypłaciłyśmy uczciwie.

Źle. Kłopot. Strażnikowi w papierach się nie będzie zgadzało.

– A mogłyby panie cofnąć się i raz jeszcze wypełnić deklarację celną, w której wpiszą panie, że wyjeżdżają bez dolarów?
– Ale jak? Przecież machamy panu tymi dolarami przed nosem, mamy je w ręku. Mamy udawać, ze ich nie ma?
– Jakby panie były tak miłe. Bo jak mi się nie będzie zgadzało w papierach, trzeba będzie wyjaśniać, a to się zwykle schodzi do wieczora. Chciałbym zdążyć na podwózkę do domu.

Przekraczamy więc granicę z trzema zielonymi, studolarowymi banknotami, których wielki brat Karimov nigdy nie zobaczy. Żeby w papierach się zgadzało i kolacja nie ostygła.

RODZINNY BIZNES

Bukhara, hostel Rumi, upchnięty między dwa domy mieszkalne w ciasnej uliczce nieopodal centralnego placu. Interes rodzinny, prowadzi go młody Uzbek Bekhruz mówiący cudownie płynną angielszczyzną (znowu!) wraz z mamą, siostrą Mekhrangiz i, zdaje się, wujkiem. Wyjeżdżając kilka godzin wcześniej z Khivy (Chiwy) telefonicznie zarezerwowałyśmy dwa łóżka w pokoju wieloosobowym, wersja ekonomiczna. Niestety okazało się, że angielski rowerzysta, który miał zwolnić miejsce w naszym pokoju, postanowił zostać dłużej, a nie wypada wyrzucić gościa, więc właściwie to nie ma dla nas łóżka. Wysłano nas do innego pokoju, ale tam nocleg kosztuje już trzydzieści pięć dolców, a nie dziesięć, zgodnie z nasza rezerwacją. Nie chcąc robić kłopotu, deklarujemy chęć spania w dormie na podłodze, na karimatach. Nie może być! Coś wymyślimy. Lądujemy zatem w pokoju dwuosobowym, połączonym wąskim korytarzem z apartamentem rodzinnym, w którym akurat zatrzymuje się pewna czteroosobowa rosyjska wycieczka z dziećmi. Nam to nie robi, ale głowa rodziny, po tym jak przyłapałyśmy go na robieniu pompek w korytarzu w samych slipach, jest jakby niezadowolony, niesłusznie uznaje nas za intruzów i robi awanturę właścicielom. Chcąc załagodzić sytuację, ponownie proponujemy, że prześpimy się na podłodze, i ostatecznie po pięciu godzinach lądujemy w najdroższym apartamencie, ciągle płacąc za niego dziesięć dolców.

Matka Bekhruza i Mekhrangiz jest jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie było mi dane poznać. Delikatne, szlachetne rysy twarzy, ciemna karnacja, kruczoczarne, choć na skroniach lekko już posiwiałe włosy upięte w bardzo długo warkocz, tradycyjna sukienka mieniąca się barwami we wszystkich odcieniach żółci i czerwieni,  przede wszystkim jednak szczery uśmiech i mądre oczy stojące niejako w kontraście do spracowanych dłoni. Większość poranków spędzamy pijąc z nią kawę i słuchając jej historii o tym, jak było kiedyś, jak jest teraz, co się zmienia, dlaczego rok temu dolar był wart trzy tysiące somów, a teraz już sześć, gdzie iść, co zobaczyć, dowiadujemy się też, że kilka dni wcześniej z powodu upału zmarło kilka osób, w tym jej przyjaciel, więc jest pogrążona w żałobie, opowiada też skąd sprowadzają ryby, które same wędzą, jacy goście ich odwiedzają i jakie kraje chciałaby zobaczyć. Te rozmowy sprawiają, że jesteśmy gotowe zrezygnować ze zwiedzania siedemnastowiecznych meczetów i medres, ale kobieta sama nas wygania, byle po zmroku, bo teraz jest za gorąco. A to wszystko na patio jej hostelu, przy kolejnej, nie wiem już której filiżance czarnej kawy, głaszcząc jej ukochanego psa, który chowa się w cieniu naszych krzeseł.

CHEVROLETEM PRZEZ PUSTYNIĘ

Wyjeżdżamy z Khivy (Chiwy). Jesteśmy w o tyle dobrym położeniu, że dwie poznane przez nas w hostelu Alibek Słowenki – Gaja i Martina, jadą dokładnie taką samą trasą i w podobnym tempie. Układ idealny- dziewczyny targują się wyjątkowo sprawnie, zapełniamy całą taksówkę z miejsca, z drugiej strony jest między nami niepisane porozumienie – jeździmy razem, zwiedzamy osobno, a wieczorem przy wspólnym piwie dzielimy się wrażeniami.

Wsiadamy do białego, wypucowanego Chevroleta, ja z przodu (figura kluchy ma swoje zalety), Karola z dziewczynami z tyłu. Kierowca nie odzywa się do nas słowem, z góry zakładam więc, że nie dzielimy żadnego wspólnego języka. Jedziemy sobie w ciszy, a właściwie w rytmie turecko brzmiącego disco, gdy nagle łapiemy gumę po raz pierwszy (jak się później okaże, pierwszy z trzech). Nieśmiało zagaduję do kierowcy po rosyjsku, uruchamiając wszystkie kończyny w akcie bezradnej gestykulacji, co się stało, vazitel, i szybko okazuje się, że kierowca biegle posługuje się wschodnim esperanto, ale że między sobą rozmawiałyśmy po angielsku, uznał, że pewnie się nie dogadamy. I tak zaczyna się nasza rozmowa, podczas której dowiadujemy się, że jest on Turkmenem, ale rodzina po rozpadzie Sojuza przeniosła się do Uzbekistanu. Że uwielbia turecką muzykę co najmniej tak samo, jak kocha swój samochód, że w ciągu roku studiuje, ale w wakacje zarabia na życie wożąc turystów, przede wszystkim zaś, że jest niesamowicie serdecznym człowiekiem, do tego stopnia, że ostatnie trzy godziny (wyjątkowo wyboistej) drogi spędzamy na wspólnym śpiewaniu (jak boga kocham, po turecku!) i popijaniu zimnego piwa (tu już z wyłączeniem, ale za przyzwoleniem kierowcy). W połowie drogi jemy wspólnie obiad, ciągle nucąc ‘cok guzel, cok guzel‘ (wspomniane tureckie disco) i okazuje się, że  mamy ze sobą więcej wspólnego, niż tylko tanie podróbki okularów Ray Ban, chroniące nasze oczy przed oślepiającym, pustynnym słońcem.

W KRZYWYM ZWIERCIADLE

Nasza sytuacja po przyjeździe to Taszkientu nie była zbyt różowa. Bankomaty nie działają, kasy wymienić się nie da, czterdziestostopniowy upał co chwila przerywany ulewami, tylko siedzieć i płakać. Sącząc powoli resztki ostatniej wody, na którą starczyło nam banknotów, kryjąc się przed deszczem w pobliżu hotelu, którego hasło do WiFi zgadłyśmy przy pierwszym podejściu (coś w stylu QWERTY12345), zaczęłyśmy przeglądać CouchSurfing z nadzieją, że znajdziemy kogoś, kto nam pomoże i przenocuje nas do poniedziałku, dopóki nie wypłacimy pieniędzy, wyjaśnimy po prostu jaka jest sytuacja i na pewno się uda. Tak właśnie trafiłyśmy na Artyoma.

Opatrzność sprawiła, że udało nam się wypłacić dolary w jedynym chyba nie-pustym i nie-zepsutym bankomacie, więc z Artyomem umówiłyśmy się na piwo w centrum, pragnąc spotkania z kimś, kto w tym przedziwnym mieście mieszka od urodzenia, on z resztą pragnął spotkania z kimś, z kim mógłby porozmawiać po angielsku.

Artyom jest mniej więcej w naszym wieku, urodził się jeszcze za Sojuza, czyli pochodzi z nieistniejącego już ZSRR. Po rozpadzie związku, wraz z rodziną pozostał w Uzbekistanie, bo mieli tam własny biznes – warsztat luster, które z resztą miałyśmy okazję zobaczyć na zdjęciach, i choć godziły one trochę w moje poczucie estetyki , to trzeba przyznać, że do stworzenia takich mozaik (swoją drogą, mozaika po uzbecku to też ‘mozaika’) wymaga wieloletniego warsztatu. Planowana rozmowa o dorastaniu w Taszkiencie zamieniła się więc w techniczną pogawędkę o rodzajach szkła i możliwości, które dają poszczególne narzędzia.

Moment, w którym rozmowa zeszła na inne tory, mianowicie sytuację społeczno- ekonomiczną kraju, był momentem, w którym nabrałam dystansu do naszego nowego znajomego. Z jednej strony Artyom był przemiły, zadawał bardzo dużo pytań i dużo opowiadał, z drugiej strony w jego tezach brakowało jakiejś konsekwencji. Cały czas podkreślał, że jest Rosjaninem, choć miał uzbecki paszport. O rdzennych Uzbekach wypowiadał się nieprzychylnie, wyśmiewając ich tradycje ślubne, ale to, co o owych ślubach opowiadał, niewiele miało wspólnego z prawdą i było raczej powielaniem stereotypów rodem z magazynu propagandowego. Nie znał ani słowa po uzbecku mimo, że mieszkał w Taszkiencie od urodzenia. Do taksówkarza, z którym wracaliśmy, odnosił się z wyższością zakrawającą o pogardę, z drugiej strony wciąż używał stwierdzenia ‘nasz wspaniały prezydent’, i nie był to cynizm z jego strony (‘nasz kochany prezydent kilka razy w tygodniu zamyka w godzinach szczytu główną arterię miasta, aby mógł bezpiecznie przejechać, co potęguje korki w i tak już zapchanym Taszkiencie, ale ja to rozumiem, przecież jego bezpieczeństwo jest najważniejsze‘). Mówił, że może i waluta jest problemem, ale z drugiej strony wychwalał pod niebiosa obowiązek rejestracji, bo dzięki temu Uzbekistan jest bardzo bezpieczny, a rząd robi to wszystko dla turystów, tylko i wyłącznie. Ale też dzięki niemu wiemy, że Uzbecy (albo raczej mieszkańcy Uzbekistanu, bo skąd niby wiadomo, że któryś z nich nie jest Rosjaninem?), chcąc oszczędzić na myjni, po zmroku parkują samochody przy miejskich kanałach (z czystą wodą) i myją je sami, co faktycznie jest prawdą, bo mijałyśmy takowych nie raz.

Nie mnie oceniać, jakim człowiekiem jest Artyom. Na pewno bardzo uprzejmym, pomocnym i ciekawym świata. Zdecydowanie pracowitym i interesującym. W moim (naszym) osobistym odczuciu trochę też nasiąkniętym rosyjską propagandą i pogubionym we własnych przekonaniach. A może też jest jednym z wielu ludzi z nieoczywistym pochodzeniem i tożsamością kulturową, których w Azji Środkowej musi przecież być na pęczki. Jak by nie było, spotkanie z Artyomem było punktem wyjścia do wielu dyskusji i rozważań, które towarzyszyły nam do końca podróży.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *