UZBEKISTAN – TASZKIENT – CHAOS KONTROLOWANY

Taszkient był naszym ostatnim przystankiem na drodze przez Uzbekistan, choć wjeżdżając do niego jeszcze tego nie widziałyśmy. Wiedziałyśmy natomiast, że po raz kolejny (bo któż by się uczył na błędach?) pieniądze wyparowały z naszych portfeli w zastraszającym tempie, a stolica kraju dawała nadzieję na działający bankomat. Tyle w kwestiach logistycznych, poza nimi Taszkient (bądź: Taszkent) kusił ogromnym bazarem oraz perspektywą poczucia pędu bądź co bądź wielkiego, azjatyckiego miasta, które resztki orientalnej atmosfery zagubiło gdzieś między blokami z wielkiej płyty a luksusowymi hotelami, o spędzeniu nocy w których przeciętny mieszkaniec Uzbekistanu może tylko pomarzyć, choć pewnie mało kto ma na to odwagę.

CHORSU BAZAAR – W CIENIU MOZAIKI, ALE WSPÓŁCZESNEJ

Jeśli w danym miejscu znajduje się jakikolwiek bazar, jest ono zawsze na samej górze naszej listy rzeczy do zobaczenia. Tak było i tym razem, choć samo znalezienie Chorsu Bazaar przyszło nam z trudem – pewnie dlatego, że majacząca nieopodal stacji metra błękitno-turkusowa kopuła budynku, w którym mieści się targowisko, budziła skojarzenia z obserwatorium astronomicznym albo co najmniej z cyrkiem, nie zaś z gwarnym jarmarkiem pachnącym przyprawami i sfermentowanym mlekiem.

Żeby zatem dotrzeć ze stacji metra do właściwej części bazaru, trzeba przedrzeć się przez wąskie korytarze budek z płyty falistej, które przy silniejszym podmuchu wiatru niechybnie runą jak domki z kart, trzeba przecisnąć się przez tłum sprzedawców, którzy na widok turysty (albo po prostu potencjalnego kupca) zaczynają donośnym głosem zachwalać rozciągliwość majtek Pooma albo wytrzymałość dresowych spodni Guczi, Diuor czy Adodis; trzeba prześlizgnąć się między stoiskami z gumą do żucia, papierosami i figurkami ogrodowymi (dobrze nam znane krasnale), trzeba kilka razy zgubić drogę skręcając w lewo przy stoisku z bateriami i scyzorykami, które okazuje się być innym stoiskiem niż to, przy którym ostatnio skręcałeś w prawo, choć gołym okiem nie widać różnicy, wreszcie trzeba poddać się kilka razy i przeklinając ten piekielny labirynt zawrócić, by przez zupełny przypadek stanąć przed głównym wejściem Bazaru Chorsu.

Wspiąwszy się po wyjątkowo szerokich schodach, w nozdrza zaczyna wdzierać się drażniący zapach kurutu – sfermentowanego, suszonego mleka formowanego w kulki, które po rozpuszczeniu w gorącej wodzie zamienia się w pożywny napój. Rodzajów lokalnego przysmaku (który można też jeść na sucho) jest tyle, że ciężko się na cokolwiek zdecydować, nic to jednak, każdy sprzedawca poświęci ci tyle czasu zapraszając do degustacji, ile potrzeba, bylebyś kupił przynajmniej pół kilo. Dalej kosze jabłek, brzoskwiń i owoców, których nazwy i tak nic by nam nie powiedziały, potem warzywa wypolerowane tak mocno, że ciężko uwierzyć, że nie są z plastiku. Jeszcze się na nie nie napatrzyłeś, a już potykasz się o lniane wory bakalii, tak wielkie, że spokojnie pomieściły by kilka rozsądnych rozmiarów plecaków, za którymi stoją plastikowe albo drewniane talerzyki, na których daktyle i suszone morele tworzą wymyślne wzory – wszystko gotowe do postawienia na stół, gdyby tylko niezapowiedziani goście przekroczyli próg twojego domu. Za bakaliami mięso, ryby, sery, świeże przyprawy i zielenina – wszystko, czego dusza zapragnie, a po głowie uparcie krąży myśl, że jednak trzeba było zjeść porządne śniadanie przed wyjściem.

To wszystko, upchnięte na planie okręgu i z pozoru chaotyczne, tworzy jakąś zaskakująco logiczną całość, jest jak żywy organizm, którego tętno wyznacza szelest banknotów, krzyki targujących się ludzi i uderzanie ćwiartujących mięso tępych siekier o brudne, plastikowe blaty.

STARE MIASTO 

Wokół bazaru rozpościera się stara część Taszkientu. Upał był tak niemiłosierny, że zgubienie się w wąskich, chłodnych uliczkach majaczyło w naszych głowach już od dłuższego czasu. Nie nastawiałyśmy się na zwiedzanie, bo właściwie od zawsze czerpiemy większą przyjemność z wsłuchiwania się w rytm miasta czy miasteczka niż z odhaczania kolejnych zabytków, i czasem nawet zazdroszczę ludziom, którzy potrafią zorganizować sobie dzień tak, aby nie ominąć żadnego meczetu czy muzeum, a jeszcze wiele tygodni później recytują z pamięci ich nazwy, ale trudno, taka nasza natura, że nie potrafimy.

Stara część Taszkientu przypomina żydowską dzielnicę w Samarkandzie – sypiące się domy oblepione gliną, spod której przebijają się wyszczerbione mury łatane jakąś dziwną mieszanką słomy i zaprawy. Do niektórych z nich, choć wyglądają na opuszczone, dostawione są drewniane drabiny opierające się czubkiem o pozbawione szyb okna pierwszego piętra – ślad ludzi, którzy być może z zasiedzenia, a być może z biedy i desperacji, decydują się zrujnowanych domów nie opuszczać. Skręcamy w pierwszą uliczkę w lewo, gotowe zabłądzić w wąskich przejściach, gdy napotykamy grupkę dzieciaków, na oko dziesięcioletnich. Chłopcy, zainteresowani naszą obecnością, rzucają pojedyncze słowa po rosyjsku i angielsku. Trafiłyśmy w sam środek rozgrywki piłkarskiej, którą toczyli na plastikowej planszy, wprawiając w ruch plastikowe figurki piłkarzy osadzone na małych sprężynkach, co z kolei wzbudziło moje zainteresowanie, bo gra przypominała tą, o którą zawsze toczyła się walka na szkolnej świetlicy w mojej podstawówce.

Po około dziesięciu minutach, kiedy wyczerpaliśmy już cały zasób słów, chcemy ruszyć dalej, ale chłopcy zagradzają nam przejście, prężąc się przy tym tak, jakby usilnie chcieli dodać sobie kilka centymetrów wzrostu. Jeśli chcecie wejść do naszej dzielnicy, dawajcie money money. Odmawiamy, ale dzieciaki nie ruszają się z miejsca i patrzą na nas wyzywająco. Money money, jak nie, wołam kuzyna, i bijąc pięścią w otwartą dłoń pokazują nam, że ich kuzyn nie będzie zadowolony widząc, że nie chcemy zapłacić. Oddalamy się zatem w stronę, z której przyszłyśmy, ciesząc się w duchu, że sytuacja – skoro już musiała nas spotkać, wydarzyła się na wejściu, kiedy jeszcze mogłyśmy zawrócić, bo choć Uzbecy są bardzo serdeczni i gościnni, a wspomniany kuzyn mógł być jedynie żartem, o ile w ogóle istniał, to lepiej tego nie sprawdzać. Cóż, czasem trzeba odpuścić i poszukać chłodu gdzie indziej, w końcu to my jesteśmy intruzami, nie oni.

UROK SOWIECKICH WIEŻOWCÓW

W sowieckich zabudowaniach jest coś fascynującego. Przekonałyśmy się o tym, snując się po mieście w poszukiwaniu legendarnej już knajpy – Centrum Plov – w której zjemy Najlepszy płow w Azji Środkowej, co na marginesie nie było nam dane, bo danie serwowane jest do 13.00, potem zwyczajnie się kończy, a my w południe dopiero zmywałyśmy naczynia po śniadaniu.

Wysokie na dziesięć lub więcej pięter wieżowce co i raz wychylają się zza niższych zabudowań. W środku marmury i złocone zdobienia, z zewnątrz zaś plątanina betonowych dziwadeł układających się w czerpiące z orientalnych wzorów mozaiki – Rosjanie najwidoczniej uznawali różne typy człowieka sowieckiego – także Homo Sovieticus Orientalis, czyli takiego, co w dobie socrealizmu zachowuje resztki tożsamości, ale to tylko luźne, niczym nie potwierdzone domysły. Zabudowaniom nie można jednak odmówić pewnego hipnotycznego wręcz uroku.

W DRODZE DO DOMU

W Taszkiencie znajduje się hostel Topchan, który do złudzenia przypomina takie, których pełno jest w miastach europejskich. Urządzony na modłę ikeowską, z ręcznymi malowidłami na ścianach przedstawiających bohaterów powieści ‘Autostopem przez galaktykę‘, jaskrawożółtą kuchnią pomalowaną w udka kurczaka oraz przestrzenią wspólną, gdzie goście podpisują się markerami na ścianie. To wszystko tak bardzo odbiega od tego, co na ogół widzimy w środkowoazjatyckich gastyenicach, że człowiek zastanawia się jak to właściwie możliwe, że styl modnych artystycznych klubokawiarni dotarł aż tu. Nieopodal znajduje się nieźle zaopatrzony sklep, w którym właściciel, jeśli ładnie się uśmiechniesz, przyrządzi ci szaszłyka, choćby z pomidora i parówki (bo mięso też się kiedyś kończy, choć zdecydowanie później niż o 13.00). Na drodze do metra jest też kilka maleńkich knajp (raczej dla mężczyzn, jedyna, do której pozwolono nam wejść późnym wieczorem okazała się być jakąś tajemną siedzibą Hare Kriszna, i to nie jest żart).

Topchan to właściwie jedna z niewielu alternatyw dla Mariottów i Radissonów, więc szukając noclegu nie ma się co zastanawiać, chociaż hostel znajduje się spory kawałek od ścisłego centrum, jakieś dwadzieścia minut szybkiego marszu od stacji metra Toshkent. W hostelu jest WiFi, śniadanie wliczone w cenę noclegu w dormie (10$, pokoje żeńskie, męskie i koedukacyjne), możliwość zrobienia prania, wydrukowania wizy czy biletu lotniczego, a ponadto mnóstwo obieżyświatów i dwaj właściciele, którzy mówią świetnie po angielsku, zawsze służą radą, a jak ładnie poprosimy, w cenie 6$ wystawią udawaną rejestrację, żebyśmy mogli bez problemu wyrwać się z miasta na noc czy dwie i nie obawiać się problemów przy opuszczaniu kraju.

I taki właśnie jest Taszkient, który zapamiętałyśmy – upalny, wielki, uzbecki, sowiecki, męczący i gwarny, ale na swój sposób urzekający.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *