JEDWABNY SZLAK – WYOBRAŻENIA A RZECZYWISTOŚĆ (KHIVA, SAMARKANDA I BUKHARA)

O Jedwabnym Szlaku w ostatnim czasie mówi się coraz częściej, choć zwykle w kontekście tak zwanego Nowego Jedwabnego Szlaku, czyli planowanej przez Chiny trakcji kolejowej mającej wieść przez Urumqi w prowincji Xinjiang, kazachską Astanę, rosyjski Jekaterynburg i dalej aż do Polski. Założenie jest zbieżne z tym pierwotnym  – ma to być szlak handlowy umożliwiający, jak kiedyś, transport dóbr ze Wschodu na Zachód i na odwrót.

O dziwo, nawet za czasu Związku Radzieckiego remontowano część zabytków na odcinku drogi wiodącej przez dzisiejszy Uzbekistan. O dziwo, bo Związek Radziecki meczety raczej zamykał niż konserwował. W przypadku trzech głównych uzbeckich miast Szlaku – Khivy, Bukhary i Samarkandy, Sajuz dość wymownie zaznaczył swoją obecność – oprócz siedemnastowiecznych murów miejskich, meczetów i medres (muzułmańskich szkół teologicznych) co i rusz natknąć się można na zabytki dość współczesne, bo stawiane za Lenina. Z pomnikami jego samego włącznie.

KHIVA / CHIWA

Spośród trzech pereł architektonicznych Jedwabnego Szlaku, Khiva jest najmniejsza i najbardziej odległa od stolicy kraju, tym samym często traktowana jest po macoszemu przez chordy (głównie francuskich) turystów podążających śladami dawnych kupców. A szkoda, bo jest chyba najbardziej klimatycznym miastem, gdzie stara część – Itchan Kala – otoczona jest grubymi murami, przez które nawet sowieci się nie przebili. W wąskich, zacienionych uliczkach tego miasta w mieście co i rusz natykałyśmy się na sznury z bielizną, dzieciaki biegające samopas i warsztaty rzemieślnicze, choć nie zabrakło też stoisk z plastikowymi kolczykami i breloczkami z napisem ‘I love Uzbekistan‘. Rynek rządzi się swoimi prawami, skoro breloczki są, znaczy – popyt też jest, a to już niestety wina nas – turystów.

Co kilkadziesiąt metrów zza rogu wyłania się strzelista wieżyczka meczetu albo upstrzone mozaikami wejście do medresy. Ludzie ciągle żyją w domach wybudowanych setki lat temu, cześć z nich z resztą przerobiono na hostele i gastyenice. Jest sporo restauracji z mocno zawyżonymi cenami (ok. 9-12000UZS za talerz wyjątkowo kiepskiego plovu), a co drugie drzwi to muzeum – zazwyczaj jedno lub dwuizbowe, działa to tak, że kupujemy jeden wspólny bilet do wszystkich. I mimo, że jest dużo chińskich pamiątek, wielbłądów uwiązanych do drewnianego kołka, z którymi można sobie zrobić zdjęcia (a jak!), pozłacanych tronów (też do zdjęć), a wieczorem wszystkie zabytki podświetlone są na kolor kosmiczno-zielony, to przy zachodzie słońca, kiedy turkusowe mozaiki odbijają intensywnie pomarańczowe światło a miasto pustoszeje i zapada w nim cisza, wolna od pokrzykiwań turystów, można jeszcze poczuć atmosferę sprzed wieków. Chociaż przez kilka minut.

Będąc na miejscu postanowiłyśmy odpuścić sobie muzea i jedyne, na co się zdecydowałyśmy, to wejście na wieżę widokową znajdującą się tuz przy głównej bramie wejściowej. W cenie 5000UZS/os., po wdrapaniu się po stromych schodkach, z tarasu rozpościera się widok na całe stare miasto – jeden z najpiękniejszych, jakie było nam dane uświadczyć w całym kraju.

Dojazd do Khivy jest możliwy z miasteczka Nuqus, ale pierwotna cena, którą rzucają taksówkarze (150000UZS/2os.), jest horrendalna – trzeba się mocno targować. W naszym przypadku stanęło na 50000UZS/2os, ale z dwiema przesiadkami na zmianę samochodu. Z pobliskiego miasteczka Urgench do Khivy dojeżdżają trolejbusy, podróż taka trwa około godziny i kosztuje mniej więcej dolara. Podjeżdżają one pod główną bramę starego miasta. Na przeciwko tejże są też dwa hostele, gdzie w cenie 10$/os. możemy spać w bardzo przyzwoitych warunkach, a na dodatek dostaniemy ogromne śniadanie. UWAGA: na booking.com cena za pokój wynosi 15$, dlatego nie warto wcześniej rezerwować miejsca. Taksówka na dystansie Khiva – Bukhara kosztuje ok. 70000UZS/os. (też warto się targować, pierwotnie rzucono nam cenę 100000UZS). Na drodze między miastami podobno nie kursują marszrutki ani autobusy, ze względu na jej opłakany stan, ale równie dobrze może to być bujda na resorach – zdarzyło nam się wymijać kilka autokarów po drodze.

BUKHARA  / BUCHARA

Kolejnym dużym miastem w którym lądujemy, podążając z zachodu na wschód, jest Bukhara. Jest to miejsce, gdzie postsowiecka architektura zaczyna przeplatać się z zabytkowymi budowlami, toteż bywa, że obok siedemnastowiecznego meczetu stoi dwudziestowieczna wieża widokowa. Stare miasto wygląda już zupełnie inaczej, zamiast piaskowca i gliny – poszarzałe tynki, zamiast brukowanych uliczek – sporo błota i niedbale rozrzuconych kamieni, które kiedyś musiały utwardzać nawierzchnię.

W centrum miasta, przy stawie z fontanną stoi całe mnóstwo wielbłądów, tyle, że plastikowych. Klimat trochę jak w Międzyzdrojach w szczycie sezonu – każdy orze jak może, a i tam turystów nie brakuje. Natknęłyśmy się nawet na wycieczkę Włochów, którzy biorąc nas za lokalne mieszkanki dopytywali się z niekrytą desperacją, gdzie znajdą włoską restaurację (podobno jakaś jest). Smutne to trochę, ale trzeba jakoś zarobić na życie, a wiadomo – z oddechem dyktatora Karimova (od niedawna już świętej pamięci) na karku o przetrwanie niełatwo.

Po mieście można przechadzać się z przewodnikiem, na co zdecydowały się poznane przez nas po drodze dziewczyny ze Słowenii – Martina i Gaja. Cena takiej przyjemności to około 35$ za grupę, spacer trwa circa pięć godzin. Dziewczyny mówią, że warto. My za to dzięki nim dowiedziałyśmy się, dlaczego wszystkie małe dziewczynki w Uzbekistanie ogolone są na jeżyka – matki robią to, aby dzieci miały mocne włosy.

Meczety, których i tu nie brakuje, są już zdecydowanie większe i bardziej spektakularne. Na ulicach sprzedaje się mnóstwo rękodzieła –  głównie tkanin i wszelkich wyrobów z bawełny i jedwabiu, nie zabraknie tez dywanów, ręcznie zdobionej porcelany i rzeźbionych w drewnie szachów. Do każdej pracowni można wejść i podpytać o metody robienia poszczególnych materiałów, dowiedzieć się czego używa się do otrzymania konkretnej barwy, oraz podejrzeć młode dziewczyny pracujące przy stoiskach z maszynami do szycia.

Poza obrębem starego miasta znajduje się spory bazar, ale są to raczej kontenery z aptekami i butami, dlatego nie warto tam iść w celach czysto turystycznych – chyba, że interesuje nas to, co kryje się pod płaszczykiem oferowanych turystom usług – wtedy można udać się prosto tam. Ponadto w mieście znajduje się synagoga leżąca w żydowskiej dzielnicy. Żydzi zamieszkiwali miasto od XII – XIII wieku (wg Lonely Planet) i choć zostało ich tam niewielu, żyją w zgodzie z uzbeckimi muzułmanami, jeśli wierzyć rabinowi, z którym miałyśmy okazję porozmawiać. Synagoga znajduje się w okolicy placu z fontanną (trzeba kierować się na południe od ulicy Bakhowuddin Nakshabandi), ale otwarta jest tylko popołudniami, najlepiej więc pytać w hostelu kiedy można dostać się do środka. Nam się udało, choć doświadczenie to było odrobinkę komiczne – rabin, oprowadzając nas, recytował wyuczone na pamięć zdania, po czym następował rutynowy gest zachęcania turystów do kupienia płyty z muzyką disco, prosto z Izraela. Przy wyjściu stoi puszka, do której wrzucić można co łaska, ale rabin patrzy takim wzrokiem, że wypada wepchnąć choć mały zwitek banknotów.

W kwestii informacji czysto praktycznych – w Bukharze czarny rynek często prężnie działa w sklepach z pamiątkami i pocztówkami, wystarczy wejść i zapytać. Do spania bardzo polecamy hostel Rumi, prowadzi go świetna rodzinka, bardzo chętna do rozmowy i pomocy w zaaranżowaniu pobytu/wycieczki/transportu/jedzenia. Cena za noc to około 10-15$/os.

SAMARKANDA

Okazuje się, że jadąc z zachodu na wschód, im dalej w las, tym większe bogactwo. Samarkanda jest bowiem ogromna, a kompleks architektoniczny trzech medres z którego miasto słynie – Registan, po prostu przytłaczający. Monstrualnej wielkości budynki i ogromny plac pomiędzy nimi wręcz onieśmielają, i nie jestem pewna, czy mi się to podoba. Trzeba jednak przyznać, że ogrom tego wszystkiego robi piorunujące wrażenie, reszta to raczej kwestia gustu – osobiście wolę obdrapane tynki w Bukharze.

Nieopodal Registanu znajduje się bazar, który poza bakaliami, suszonymi owocami i wszechobecnymi przyprawami oferuje całkiem niezły kurs dolara, pod warunkiem, że dolar ów jest nowy. Pomiędzy Registanem a bazarem znajduje się wejście do żydowskiej dzielnicy (głównie z nazwy, ale faktycznie – jest tam wcale nie tak łatwa do odnalezienia synagoga). Ciężko tam trafić, bo wejście do całej dzielnicy to wielkie, metalowe drzwi znajdujące się między dwiema informacjami turystycznymi przy ulicy Toshkent – warto zapytać kogoś po drodze o wskazówki, inaczej dostanie się tam graniczy z cudem. Żydowskie stare miasto to mocny kontrast do okazałych budowli znajdujących się na wyciągnięcie ręki, tuż, tuż, za lichym murem. Przejście z wypucowanego, nieustannie zamiatanego i błyszczącego w słońcu bulwaru w labirynt zakurzonych uliczek, niszczejących domków i otwartych ciągów kanalizacyjnych daje do myślenia – cała zachodnia kasa idzie na reprezentacyjne marmury, a ludzie jak biedowali, tak biedują.

Poza synagogą, w dzielnicy znajduje się piękny, drewniany meczet, oraz stara łaźnia, miejsce z pozoru opuszczone i raczej przerażające, zważywszy na leżące tam na podłodze maski gazowe, o które można się potknąć, choć dozorca zapewniał, że jeśli zechcemy, odpali piec i wpuści nas do jednej z komór. Podziękowałyśmy.

Baza noclegowa w mieście jest bardzo rozbudowana i nie ma problemu ze znalezieniem miejsca do spania. Osobiście bardzo polecamy Bahodir B&B (10$/os. za pokój z łazienką i klimą) – mają czyste pokoje, dużo miejsca i ogromne patio, na którym można przeczekać największy upał bycząc się na topchanie w cieniu winorośli. Niestety miewają też mocno pijanych turystów z szeroko rozumianego zachodu, którzy potrafią być wyjątkowo irytujący, ale trudno, coś za coś.

JEDWABNY SZLAK – CZY W OGÓLE WARTO

Oczekiwania, które miałyśmy względem Jedwabnego Szlaku dość mocno zderzyły się z zastana na miejscu rzeczywistością. Poza Khivą, próżno tam szukać klimatycznych miejsc wolnych od rzesz zachodnich turystów, mimo to jednak widok na stare meczety, turkusowe mozaiki i piękne tkaniny na stoiskach wetkniętych między bloki z wielkiej płyty ma jakiś niepisany urok – taka jest własnie rzeczywistość, w której przyszło tam ludziom żyć. Dlatego właśnie warto tam pojechać – żeby zobaczyć co pozostaje ze starożytnych zabytków ciężko doświadczonych przez socjalizm.

 

One thought on “JEDWABNY SZLAK – WYOBRAŻENIA A RZECZYWISTOŚĆ (KHIVA, SAMARKANDA I BUKHARA)

  1. Juriusz says:

    Oj, widzę, że tanio to już nie jest nigdzie. Dzięki za wpis, przez lata kusiła mnie ta trasa, ale chyba odpuszczę.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *