UZBEKISTAN – TRZY HISTORIE O TYM, JAK WYMIENIĆ PIENIĄDZE I ZWARIOWAĆ TYLKO TROCHĘ

NUKUS – NARODOWY BANK UZBEKISTANU – WYMIANA OFICJALNA

W Nukus, małym, ale gwarnym miasteczku właściwie w ogóle nie planowałyśmy dłuższego postoju, jednak zważywszy na to, że nie posiadałyśmy wymaganej rejestracji za pierwszy nocleg, a pieniądze wymienione w pociągu po czarnorynkowym przeliczniku też topniały w zastraszającym tempie, podjęłyśmy naiwną próbę sprzedania kilkudziesięciu dolarów po oficjalnym kursie, w banku, żeby na wszelki wypadek mieć ze sobą jakiś świstek do pokazania przy kontroli, a potem na granicy. Jak bardzo naiwną, miałyśmy przekonać się już po chwili.

Pracownica małego oddziału jakiegoś podrzędnego banku nieopodal stacji autobusowej popukała się w czoło, kiedy zapytałyśmy, czy możemy u niej wymienić nasze poupychane po kieszeniach dolce. Naprędce wyszukałyśmy więc w przewodniku Lonely Planet adres najbliższego dużego banku, a że był daleko, to wsiadłyśmy w pierwszą z brzegu taksówkę i pojechałyśmy, po to tylko żeby dowiedzieć się, że wymiany waluty można dokonać jedynie w Narodowym Banku Uzbekistanu, niedaleko, pół godziny piechotą. Ale nic to, przynajmniej pozwolili nam skorzystać z łazienki, chyba najbardziej eleganckiej, na jaką się natknęłyśmy. Może poza barokową toaletą w ambasadzie Kazachstanu w Baku.

Narodowy Bank Uzbekistanu to ogromny gmach znajdujący się nieopodal Nukuskiego Muzeum Sztuki (Sovitsky Museum – swoją drogą podobno świetne). Żeby wejść do środka, trzeba okazać paszport i przejść przez bramki bezpieczeństwa, czasem też odpowiedzieć na kilka pytań podejrzliwego strażnika, który z braku lepszego zajęcia obrzuca każdego przechodnia podejrzliwym spojrzeniem spod bujnej czupryny. Takim też spojrzeniem obrzucił nasze wypakowane po brzegi plecaki, dlatego aby uniknąć przeszukania (nie żebyśmy miały coś do ukrycia, ale zbędne to i czasochłonne), do wymiany pieniędzy wydelegowana została Karola, a ja rozsiadłam się na krawężniku w jedynym skrawku cienia. Czekam. Teraz sytuacja odbywa się równolegle na dwóch płaszczyznach:

Karola: Wchodzę do banku, pytam o wymianę pieniędzy, strażnik patrzy na mnie dziwnie i machnięciem ręki wskazuje korytarz po prawej, nie odzywając się słowem. Nagle podbiega do mnie młoda dziewczynka, na oko trzynastoletnia, i płynnym angielskim pyta, czy przyszłam wymienić pieniądze i czy może mi jakoś pomóc. Ucieszyłam się na dźwięk znajomego języka, więc ochoczo przytaknęłam i dalej poszłyśmy razem. Usadziła mnie w jakimś zacienionym kącie na jedynym, zakurzonym krześle pod pokojem numer taki-a-taki i kazała chwilę zaczekać, nalegając, abym siedziała cicho i z nikim nie rozmawiała. Po około dziesięciu minutach podeszła do mnie pracownica banku, ciocia dziewczynki, i zapytała ile pieniędzy chcę wymienić. Na moją odpowiedź, że pięćdziesiąt dolarów, bankierka otworzyła torebkę i jęła wyciągać paczki uzbeckich somów. Tu zapaliła mi się czerwona lampka, bo chociaż kobieta była ubrana w garsonkę i miała na szyi identyfikator, to cała sytuacja owiana była jakąś dziwną, trochę niepokojącą tajemnicą. Zanim wręczyłam jej dolary, poprosiłam o wypisanie pokwitowania, ostatecznie po to cała ta fatyga. Kobieta zbladła, a potem zaczęła usilnie przekonywać mnie, że nie ma sensu wymieniać pieniędzy po oficjalnym przeliczniku, bo kurs jest bardzo słaby. Podkreślę, że była ona pracownicą banku. Uparłam się jednak, że chcę iść do okienka, bo życie mi miłe i nie mam zamiaru ryzykować wymiany czarnorynkowej w budynku banku ani ryzykować więzienia dla kilkudziesięciu dolarów. Kobieta przez dobre piętnaście minut barykadowała mi drogę aż do momentu w którym zdała sobie sprawę, że jestem obojętna na jej argumenty nawet, gdy przybierają one błagalny ton. Obrażona, rzuciła oschle numer pokoju, w którym wszystko odbywa się jak nakazują przepisy i bez słowa odeszła, w myślach zapewne przeklinając na czym świat stoi.

Gosia: Siedzę pod bankiem już dobre pół godziny, i choć nie mam zegarka, to widzę to mierząc odległość, w jakiej nasze plecaki znajdowały się pierwotnie, od miejsca, w którym jestem teraz w wyniku desperackiej walki o pozostanie w cieniu. Z bramy naszpikowanego kamerami budynku co i raz wyjeżdża limuzyna z czarnymi szybami. Pierwszy raz nachodzi mnie myśl, że coś jest nie tak.

Karola: Idę do wskazanego przez pracownicę – cinkciarkę pokoju. Pukam, wchodzę, starsza pani wita mnie uśmiechem. Przedstawiam w dwóch słowach cel swojej wizyty, ona na to że nie ma problemu, muszę udać się do kasy dwa piętra niżej. Idę. Kasa rzeczywiście istnieje (gdzieś między pierwszym piętrem a parterem zaczęłam powątpiewać), podchodzę, kasjerka przyjmuje ode mnie banknot i… nic. Oddaje, mówi że nie wymieni, bo dałam jej stare dolary, a oni przyjmują tylko takie wydrukowane po 2013 roku, gładziutkie, świeżutkie. Ze łzami w oczach pytam, czy na pewno, może da się coś zrobić? Może się da, ale muszę iść raz jeszcze na drugie piętro do pokoju w którym byłam, porozmawiać z panią taką-a-taką, dostać pisemne pozwolenie na wymianę mojego banknotu, z tym kwitem przyjść znowu do kasy i wtedy wymienimy co się da.

Gosia: Minęła już prawie godzina. Oceniam moją sytuację. Siedzę w upale, mam ze sobą dwa wielkie plecaki i pół butelki wody, Karola przepadła, pewnie ją aresztowali. Połączenie z telefonu komórkowego do Polski kosztuje prawie dziesięć złotych za minutę, więc muszę się dobrze zastanowić do kogo zadzwonić. Jeśli Karola faktycznie została zatrzymana (a na tamtą chwile byłam już tego pewna), muszę też skontaktować się z najbliższą ambasadą, która jest w Taszkencie, równo 1091 kilometrów na wschód. I muszę mieć nocleg, a znalezienie go w Nukus nie będzie łatwe. Wysyłam sms-a do Karoli i daję jej 10 minut na odpowiedź, potem zaczynam działać, albo, co bardziej prawdopodobne, płakać.

Karola: Pewnym krokiem idę z powrotem do pokoju na drugim piętrze. Powoli zaczynam czuć się w tym banku jak u siebie w domu, trzeci raz mijam te same obrazy na ścianach, nazwiska na tabliczkach na drzwiach tez brzmią już jakby bardziej znajomo. Znowu pukam, znowu wchodzę, znowu uśmiech. Miła starsza pani z uwagą słucha o mojej sytuacji, a potem prosi mnie o wyłożenie wszystkich banknotów jakie mam, może znajdziemy taki, co się nadaje. Ostatecznie po piętnastu minutach negocjacji stawia mnie przed takim oto faktem: mogę wymienić moje pięćdziesiąt dolarów oraz jedną nową dwudziestodolarówkę, reszta banknotów do niczego się nie nadaje. Jestem już tak skołowana, że nie wiem co mam robić, postanawiam więc wyjść z banku, pogadać z Gosią i wspólnie podjąć decyzję. Dziękuję i wychodzę.

Gosia: Pojawia się Karola, a ja po raz pierwszy w życiu odczuwam ulgę tak silną, że kręci mi się w głowie. Postanawiamy wymienić całe siedemdziesiąt dolarów, niech już będzie nasza strata, wszak nie wiadomo co nas czeka później, a musimy wydostać się z miasta czym prędzej.

Karola: Wracam do banku. Strażnik legitymuje mnie po raz kolejny, pamiętając doskonale drogę biegnę do kasy po to tylko, żeby pocałować klamkę. Od 14.00 do 16.00 jest przerwa obiadowa, więc o 13.30 nikogo już tam nie ma. No nic, w takim razie i my udamy się na obiad, z pustego dzbana i Salomon nie naleje.

Epilog: Kiedy Karola wchodziła do banku po raz trzeci, strażnik odpuścił sobie sprawdzanie dokumentów. Ostatecznie udało się wymienić pieniądze w kasie po wykonaniu kilku telefonów i otrzymaniu zgody od dyrektora banku.

Równowartość około 10 dolarów

SAMARKANDA – BAZAR, ROSYJSKA DZIELNICA I EWAKUACJA.

W Uzbekistanie bankomatów jest jak na lekarstwo. W całym kraju łącznie może dziesięć, w Samarkandzie jeden albo dwa, ale niewiele to znaczy w obliczu tego, że większość z nich albo nie działa, albo jest pusta. Dotarłszy do Samarkandy miałyśmy jeszcze całkiem świeży banknot o nominale pięćdziesięciu Euro, zatem pierwszego dnia czym prędzej popędziłyśmy na miejski bazar, centrum nielegalnej wymiany walut.

Gdy tylko przekroczyłyśmy bramę bazaru, podszedł do nas młody chłopak – jak się później okazało – naganiacz, i zaproponował sprzedaż uzbeckich Somów. Oferowany przez niego kurs pozostawiał wiele do życzenia, jednak niemal dwa tygodnie spędzone w kraju uczyniły z nas twarde negocjatorki. Ostatecznie ustaliłyśmy całkiem korzystny kurs (6500 UZS za 1€) i chłopak zaprowadził nas między stoiska z suszonymi owocami i bakaliami, gdzie czekał jego kolega z torbami wypchanymi pieniędzmi. Dajemy mu banknot i… do wymiany nie dojdzie. W prawym, górnym rogu banknot był lekko naderwany na długości około dwóch milimetrów, na dodatek trochę pognieciony, co oznacza jego pełną dyskwalifikację. Serio?

Serio. Potwierdziło to jeszcze dwóch innych cinkciarzy, nie chcieli się zgodzić nawet na wymianę po niskim kursie (proponowałyśmy 3000 UZS za 1€!).

Siadamy zatem w najbliższym barze, za ostatnie pieniądze zamawiamy dwa piwa i myślimy co dalej, ale jak wiadomo, potrzeba matką wynalazku, dlatego wpadamy na pomysł rodem z podręczników małego majsterkowicza – banknot w książkę, książka pod tyłek, pół godziny i będzie jak nowy, a my w tym czasie spokojnie dopijemy piwo. Jest tylko jeden problem, plotki szybko się rozchodzą i na bazarze jesteśmy już spalone, zarówno my, jak i nasze Euro. Plan jest następujący: Lonely Planet wspomina coś o ruskiej dzielnicy w Samarkandzie, coś w stylu ‘lepiej tam nie idź, średnio bezpiecznie, mało przyjemnie, wymiana pieniędzy’. Wymiana pieniędzy! Zróbmy zatem tak, zakrzyknęła Karola, chodźmy do hotelu, w którym podobno jest bankomat, spróbujmy wypłacić kasę, a jak się nie uda, to zapuścimy się w tą szemraną okolicę, choć przewodnik nie daje żadnych konkretnych wskazówek gdzie właściwie się ona znajduje (może nie chcą mieć nikogo na sumieniu). Pół godziny spaceru do banku, bankomat oczywiście zepsuty. Ze łzami w oczach (znowu!) podchodzimy do strażników, pytając o miejsce, gdzie możemy, wiecie panowie, wymienić pieniądze. Kierują nas na zachód miasta (okolice ulicy Orzi Makhmudov), życząc powodzenia.

Na dużym skrzyżowaniu zaczepia nas podejrzanie wyglądający mężczyzna (choć w rzeczywistości mógł wyglądać całkiem zwyczajnie – wyobraźnia robi swoje), oferując money money, good price, Euro, Dollar, Rubel. Następuje między nami szybka wymiana informacji, oferujemy mu pięćdziesiąt Euro, a on – mało rozsądnie – daje nam odliczoną kwotę zanim obejrzał nasz banknot. Podajemy mu wyprasowane pieniądze, odwracamy się i pewnym krokiem odchodzimy. Kątem oka Karola dostrzega, że panowie zauważyli delikatne uszkodzenie (jak oni to robią?) i nerwowym szeptem mówi mi tylko ‘nie odwracaj się, nie odwracaj się, nie biegnij, idziemy spokojnie, a za zakrętem w nogi‘. Trzydzieści metrów do zakrętu, dwadzieścia (w tyle głowy uparcie kołacze się myśl, że mamy przekichane, przecież każdy tu każdego zna, po co nam był ten cały Uzbekistan, przepraszam mamo i tak dalej).

Dziesięć metrów, pięć, już tylko dwa kroki, chodu! Nie przestajemy pędzić, kiedy już brakuje nam tchu, a dopiero wtedy, kiedy znajdujemy się pod drogim hotelem, dającym jako-takie poczucie bezpieczeństwa. Wtedy dopiero przychodzi moment na przeliczenie Somów. Jest ich dużo mniej, niż być powinno, bo pięciotysięczne banknoty co i raz poprzetykane są tysiakami, co przyjmujemy z niemałą ulgą – po pierwsze, pewnie dlatego nikt nas nie zatrzymał, po drugie, opuszczają nas jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Jesteśmy kwita.

Tu chyba należy się małe wyjaśnienie. Etyczne podróżowanie nakazuje uczciwe zachowanie w każdej sytuacji. Ale są takie momenty, kiedy nienajlepsze rozwiązanie jest jedynym możliwym. Próbowałyśmy wymienić pieniądze oficjalnie, próbowałyśmy je wypłacić, próbowałyśmy wymienić półoficjalnie, nie dało się. No i umówmy się, rosyjski cinkciarz od tej transakcji nie zbiednieje -sprzeda banknot zachodnim turystom opuszczającym kraj, którzy bez problemu wymienią je w każdym europejskim kantorze.

TASZKENT – OD SHERATONA DO BLU RADISSONA

Stolica Uzbekistanu miała położyć kres wszystkim naszym problemom finansowym, bo choć bankomatów wciąż jest w niej tyle, co kot napłakał, to szansa, że działają, jest jednak większa. Niemniej jednak nie wzięłyśmy pod uwagę jednej rzeczy – że bankomaty, nawet jeśli działają, napełniane są raz w miesiącu, na samym jego początku. Dotarcie zatem do miasta w piątek późnym popołudniem dwudziestego dziewiątego dnia lipca było chichotem losu, niefartem, choć może było też efektem tragicznej kalkulacji. Czekał nas bowiem weekend w mieście, w którym musiałyśmy opłacić nocleg, a pieniądze, jak to w Uzbekistanie, mimo prób oszczędzania szybko się rozeszły, do tego stopnia, że już nawet nie było co wymieniać. Zostało nam kilkadziesiąt banknotów, które starczyłyby może na butelkę wody.

Popołudnie, wejście do hotelu Grand Mir, w którym podobno jest działający bankomat. Wchodzę, bankomat rzeczywiście działa, wkładam kartę i pojawia się komunikat, że nie można wypłacić gotówki. Najgorsze jest to, że właściwie nie wiadomo dlaczego – czy powodem jest brak pieniędzy w bankomacie, czy problem z moją kartą Visa. Jeszcze jedną próbę, tym razem kartą Maestro podejmuje Karola. Bankomat z Maestro nie działa.

Na szczęście strażnicy (do dziś ciepło wspominamy wszystkich strażników w uzbeckich hotelach) litują się nad nami i dają nam mapkę turystyczną z zaznaczonymi hotelami, w których mogą, ale wcale nie muszą znajdować się bankomaty. Nie mając żadnego wyboru, udajemy się w najdłuższy, bo pięciogodzinny spacer po luksusowych hotelach Taszkentu, w strugach deszczu, bo choć rzadko się to zdarza, właśnie rozszalała się wichura.

Hoteli zaliczyłyśmy równo osiem, ani jednego mniej. Do każdego z nich wchodziła Karola, przemoknięta do suchej nitki, i z każdego z nich wychodziła z nietęga miną, snując potem opowieści o marmurach, różach i fortepianach we foyer, na które patrzyła z podziwem odbijając się od niedziałających lub pustych bankomatów. Tak upłynęły nam trzy godziny,  bo droga wiodła pod górę, a wiejący w oczy wiatr nie ułatwiał wędrówki. W ostatnim hotelu o dumnej nazwie Uzbekistan, Karola odbiła się też od drzwi, bo akurat trwało wesele i kręcono film o nowożeńcach. Strażnik (po raz kolejny – chapeau bax) wpuścił ją ostatecznie bocznym wejściem, litując się nad jej opłakanym wyglądem. Chwała mu za to, bo to właśnie tam znajdował się pełny, działający bankomat! Pieniądze szczęścia nie dają, ale trzysta nowiutkich dolarów w gotówce w tamtym momencie dało nam tyle radości, że prawie żeśmy się popłakały.

PODSUMOWANIE

Krótko i treściwie: Do Uzbekistanu należy jechać ze sporym zapasem nowych, niezniszczonych dolarów i kartą Visa. Poza Taszkentem raczej nie ma możliwości wypłaty pieniędzy, w samej stolicy zaś najlepiej udać prosto do Hotelu Uzbekistan. Jeśli chodzi o wymianę pieniędzy, kurs trzeba sprawdzać codziennie i na wszelki wypadek wymienić cokolwiek w banku – wszak to samo w sobie może być nie lada przygodą, a oszczędzi nam też wielu pytań na granicy.

G.

One thought on “UZBEKISTAN – TRZY HISTORIE O TYM, JAK WYMIENIĆ PIENIĄDZE I ZWARIOWAĆ TYLKO TROCHĘ

  1. Juriusz says:

    O rany, niesamowity cyrk. W Chinach przerobiłem klimat podobny do pani cinkciarki z Waszej pierwszej przygody – w Bank of China. W Birmie mają podobne podejście do dolarów, jak nie są całkowicie nowe, to nie chcą przyjmować. Słyszałem legendy o majestatycznej walucie Uzbekistanu, ale nie sądziłem, że to aż taki horror, jak mają taki papier toaletowy, to powinni chcieć się go pozbywać, choćby na podarte przez pół euro.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *