UZBEKISTAN – MOYNAQ – MORZE, KTÓREGO JUŻ NIE MA

Zachodnia część Uzbekistanu – Karakałpacja (Karakalpakstan) to autonomiczna republika stanowiąca ponad jedną trzecią całego kraju. Turyści zwiedzający Uzbekistan nierzadko pomijają ten rejon w trakcie swoich wypraw, po pierwsze, ze względu na jego raczej niewielką atrakcyjność dla zwiedzających (z małymi wyjątkami), po drugie zaś z uwagi na fakt, że jest to region mocno oddalony od słynnych miast Jedwabnego Szlaku i dostanie się do miasteczka Nukus bądź Moynaq stanowi nie lada wyzwanie, którego podejmują się tylko najwytrwalsi (albo zwyczajnie najbardziej uparci) podróżnicy. Albo tacy jak my, którzy wylądowali w miasteczku Kungrad, bo dowiózł ich tam pociąg z Kazachstanu.

MOYNAQ – HOTEL WIDMO

W miasteczku Moynaq po zmroku ze świecą szukać żywej duszy. Wzdłuż głównej, szutrowej drogi, wokół której skupione są wszystkie domy, szkoła i komisariat, wałęsa się kilka bezpańskich psów, przemykając z jednej strony na drugą w świetle ledwie migoczących latarni.
Dotarłyśmy tam późnym wieczorem, po dwugodzinnej podróży taksówką z Kungrad z kierowcą, który przez całą drogę nie odezwał się do nas słowem poza zapewnieniem nas płynnym rosyjskim, że dowiezie nas pod same drzwi hotelu Oybek – jedynego, który w Moynaq istnieje i na dodatek jest uznawany przez rząd – to znaczy, można w nim uzyskać wymaganą później przy wyjeździe rejestrację.

Kiedy nasza taksówka podjechała pod zardzewiałą furtkę hotelu, powoli zapadał już mrok. Kierowca otworzył bagażnik i zaczął śpiesznie wyjmować nasze plecaki, ale szybko zaprotestowałyśmy – hotel Oybek wyglądał bowiem na opuszczony. Mimo zapewnień kierowcy, że nie, nie, wszystko jest ok, musimy zapukać, uparłyśmy się, żeby poszedł z nami i to sprawdził. Tak też zrobił i szybko okazało się, że przeczucie nas nie myliło – podróż szła zbyt gładko i wreszcie coś musiało pójść nie po naszej myśli. Informacja o Oybeku w przewodniku Lonely Planet nastroiła nas optymistycznie – hotel przechodzi remont. Niestety, remont najwyraźniej nigdy nie został skończony, i tak oto miałyśmy spędzić naszą pierwszą noc w restrykcyjnym pod względem rejestracji Uzbekistanie bez dachu nad głową. Co więcej, nagle okazało się, że taksówkarz, gdzieś między pukaniem do drzwi a przyjmowaniem zapłaty za przejazd, przestał mówić po rosyjsku, co nie ułatwiało negocjacji.

Chwilę potem zebrało się wokół nas kilkunastu panów, którzy obserwowali całą scenę z zaciekawieniem. Powoli zaczynało mnie to niepokoić, na szczęście kilka minut później podszedł do nas chłopak, który zaproponował, że zawiezie nas do domu, w którym będziemy mogły przenocować za drobną opłatą. Z ulgą przesiadłyśmy się do jego samochodu z zamiarem zostawienia plecaków i pójścia na cmentarzysko statków, które było celem naszej podróży do miasteczka.

OKOLICE MOYNAQ – MORZE WIDMO

Morze Aralskie, a właściwie słone Jezioro Aralskie, niegdyś miało powierzchnię prawie 70 000 km2, czyli mniej więcej tyle, ile Titicaca. Razy dziesięć. Niestety w skutek nieudanego eksperymentu dokonanego przez Sowietów, Moynaq – niegdyś prężnie działający port – dzieli od brzegu niemal dwieście kilometrów. Skala katastrofy ekologicznej spowodowanej przez dawny Związek Radziecki jest nieoceniona i sprawia, że łzy napływają do oczu. Zamiarem Rosjan było nawodnienie pól bawełny, z której Uzbekistan słynie, czas pokazał jednak, jak wielką było to pomyłką.

Mimo, że morza już właściwie nie ma, a na pewno nie w pobliżu Moynaq, ciągle pozostają tam statki, które po akwenie dryfowały i które są jedną z niewielu pamiątek po świetności regionu. Pokryte rdzą i powoli niszczejące w upalnym słońcu są jakby przestrogą dla oglądającego go turysty – nie idź dalej, bo podzielisz nasz los. Wyobraźnia szaleje. Niegdyś statki były chaotycznie rozrzucone po całym terenie, w pewnym momencie zostały jednak zwiezione w jedno miejsce. Nam udało się odszukać dwa z nich, znajdujące się na tyłach opuszczonego hotelu Oybek.

W samym miasteczku znajduje się jeszcze muzeum poświęcone regionowi. Wstęp kosztuje 5000 UZS plus drugie tyle za wniesienie aparatu, nie było nam jednak dane dostać się do niego – wieczorem było już zamknięte, rano zabrakło nam czasu. To samo zresztą tyczy się sklepów, a właściwie jedynego, na który natknęłyśmy się w czasie trzygodzinnej wędrówki po Moynaq. Ciężko kupić w nim cokolwiek, co mogłoby posłużyć za śniadanie, a mieszkańcy najczęściej wybierają się na bazar aż do Nukus po potrzebne produkty, dlatego zapasy trzeba zrobić wcześniej.

MY, MOJE DROGIE, MIESZKAMY W KARAKALPAKSTANIE

Rodzina, u której zatrzymałyśmy się na noc mieszkała w niewielkim parterowym domu, a ich podwórko było szczelnie odgrodzone od ulicy metalowym płotem. Kiedyś musiał to być dom nad brzegiem morza, ale obecnie za bramą widać tylko wielką, piaszczystą przestrzeń, czyli to, co po Morzu Aralskim pozostało. Pan domu – imienia niestety żadna z nas nie pamięta – powitał nas szerokim uśmiechem, a jego żona zaprowadziła nas do pokoju ich córki, w którym spałyśmy. Umówiliśmy się na cenę 10$ od osoby, proponowali jeszcze 5$ za śniadanie, ale odmówiłyśmy, bo z samego rana i tak czekała nas podróż do Nukus, a cena była mocno wygórowana.

Właściciele domu patrzyli na nas nerwowo, kiedy zmierzałyśmy w stronę furtki, aby pójść na spacer. Poprosili nas kilka razy o to, żebyśmy pod żadnym pozorem nie mówiły nikomu, gdzie śpimy, zwłaszcza policji, bo groziłoby to ogromną grzywną i niekończącymi się problemami – goszczenie turystów jest wszak nielegalne. Tak też uczyniłyśmy, udając przed napotkanymi po drodze dziećmi, kobietami i młodzieńcami, że nie znamy rosyjskiego. Czasem kłamstwo jest jedynym wyjściem.

Po powrocie, mimo, że umówiłyśmy się z właścicielami, że płacimy jedynie za nocleg, zostałyśmy poczęstowane gorącą zupą, a po niej zaproszone do salonu na tradycyjną herbatę z masłem i mlekiem prosto od krowy pasącej się za domem. Tak własnie zaczął się jeden z najciekawszych wieczorów całej podróży.

Pan domu zajmował się samochodami, kupował stare rzęchy i przerabiał je na sprawne pojazdy. Opowiadał nam o tym, jak kiedyś pracował jako kierowca dla Chińczyków wydobywających ‘coś bardzo cennego‘ z Morza Aralskiego, ale tylko dopóki ci nie zorientowali się, że tańsze jest sprowadzanie ich krajanów, niż zatrudnianie miejscowych Uzbeków. Był on człowiekiem niesamowicie dumnym ze swojej rodziny i z tego, do czego doszedł w życiu. Nie był wykształcony, rosyjski znał jako tako, a jego wyobrażenie o mapie świata było dalekie od rzeczywistości. Strasznie dużo mówił, buzia mu się nie zamykała, bardzo chciał dowiedzieć się więcej o tym ‘wielkim, dalekim Zachodzie‘. Było w nim coś niesamowicie naiwnego, a jednocześnie jego ogorzała twarz i spracowane ręce budziły respekt. Jakoś wyjątkowo przypadłyśmy mu do gustu, bo gorliwie namawiał nas, żebyśmy jeszcze kiedyś wróciły do niego do domu. ‘Pokażę wam cały Karakalpakstan!‘, wykrzykiwał z radością co chwila, nie przyjmując do siebie naszych tłumaczeń, że wyrobienie uzbeckiej wizy nie jest ani łatwe, ani tanie, nie mówiąc już o przejazdach. ‘Przecież nie musicie wracać do Uzbekistanu, kogo w ogóle ten cały Uzbekistan obchodzi! Karakalpakstan, to dopiero miejsce na ziemi!‘.
Rzeczywiście, Karakalpakstan jest autonomiczną republiką, której mieszkańcy, etnicznie spokrewnieni z ludami tureckimi, mają swój własny język. Niemniej jednak wciąż jest to terytorium Uzbekistanu.

Żona naszego anioła stróża była panią domu. Opiekowała się dziećmi, gotowała i sprzątała, jednak i jej nie była obca ciężka, fizyczna praca. Wyszła za mąż w wieku szesnastu lat i szybko urodziła pierwsze dziecko. Była jednak kobietą, która miała imponującą wiedzę o świecie, zdecydowanie większą niż jej małżonek. Biegle władała rosyjskim, doskonale orientowała się w położeniu różnych miejsc na ziemi, nieobce były jej nowe technologie. Posłała córkę do rosyjskiej szkoły, z czego oboje z mężem byli bardzo dumni – szkoły takie to miejsca prestiżowe. Między parą nie było wielkiego uczucia, raczej pogodzenie z sytuacją i jasno wyczuwalna hierarchia. Moynaq to nie jest miejsce, z którego można się wyrwać do wielkiego świata. Moynaq to miejsce, gdzie kolejnym pokoleniom dzieci buduje się kolejne gliniane domy, gdzie wiedzie się skromne i ciężkie życie, nieraz będące walką o przetrwanie. Miejsce, gdzie nikt nie ma czasu zawracać sobie głowy marzeniami.

POŻEGNANIE

Marszrutka do Nukus odjeżdża z maleńkiego dworca autobusowego codzienne o 6 i 8 rano. Rozklekotany autobus, pordzewiały jak stojące nieopodal statki, nie budził zaufania, nasze spore plecaki nie budziły zaś zachwytu kierowcy, szybko zresztą okazało się dlaczego. Busik zatrzymuje się co chwilę i miejscowi pakują do niego ogromne torby pełne mleka, które sprzedawane będzie na bazarze odległym o kilkadziesiąt kilometrów. Pakunki zajmują całą podłogę, ludzie upchani są po niewielu siedzeniach, co i raz przygarniając czyjeś dziecko na kolana. I tak przez ponad trzy godziny.

Kiedy doszłyśmy na stację, podążając za wskazówkami pani domu (prosto, przy dużym drzewie w lewo, trzysta metrów przed siebie aż do uliczki z białym domem na rogu, tam w prawo do dużej drogi i za tabliczką po lewej będzie widać przystanek), wokół autobusu kręciło się już całkiem sporo ludzi. Zajęłyśmy dwa wolne miejsca z tyłu i gapiąc się przez szybę pogrążałyśmy się w zadumie nad podróżą. Nagle zrobiło się zamieszanie i poderwało nas z miejsc nerwowe walenie w szybę, przy której siedziałyśmy. Siwy mężczyzna, sprawca zamieszania, wszedł do autobusu i tonem nie znoszącym sprzeciwu zażądał naszego numeru telefonu. Tajna policja? Kontrola? Urzędnik?

Nie. Przyjaciel pana domu, z którym nie udało nam się pożegnać, bo od rana załatwiał ważne sprawy. Na polecenie człowieka, u którego mieszkałyśmy, poprosił o numer, żebyśmy mogły osobiście powiedzieć mu przez telefon ‘Do widzenia. Kiedyś się jeszcze zobaczymy’. Jak nie w Uzbekistanie, to w Karakalpakstanie.

G.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *