KAZACHSTAN – AKTAU – LUNAPARKI, PLAŻE I MIESZANE UCZUCIA

W kazachskim Aktau, leżącym w obwodzie mangystauskim, znajduje się największy port morski całego kraju, niestety nie było nam dane go zobaczyć, bo nie dość, że dotarłyśmy tam samolotem, to czasu na zwiedzanie miałyśmy niewiele, właściwie – niecałe dwa dni. Konsul kraju w azerskim Baku wydał nam wizę tranzytową ważną przez pięć dni od momentu przekroczenia granicy, a wiedząc, że czeka nas wielogodzinna przeprawa pociągiem do Uzbekistanu, nie w głowie nam było podziwianie portowych krajobrazów – musiałyśmy jak najszybciej kupić bilety na pociąg, żeby uniknąć wyjeżdżania z kraju w ostatniej chwili (dość już nam podniosła adrenalinę przegrana walka o kupno biletu na prom).

Z LOTNISKA DO MIASTA

Strażnik, który potwierdzał autentyczność naszych dokumentów na lotnisku, zaprowadził nas prosto do taksówkarza pracującego dla korporacji Taxi Star (+7 872 92 335 335) zarzekając się, że to jedyna bezpieczna metoda dotarcia do miasta z położonego na jego obrzeżach obiektu. Była to chyba dobra porada, bo do centrum dotarłyśmy tanio (ok 1$) i błyskawicznie, nawet wliczając w to postój w kantorze, żeby wymienić walutę. Taksówkarz przywodził na myśl oficera tajnych służb – poważny i elegancki, ale był przy tym niesamowicie życzliwym człowiekiem  – zadzwonił pod na szybko wyszukany w naszym przewodniku Lonely Planet numer najtańszego hotelu w Aktau i uprzedził, że wiezie dwójkę turystów. Pracownica recepcji przybytku, do którego zmierzałyśmy potwierdziła dostępność miejsc w pokoju wieloosobowym, i już chwilę później stałyśmy pod starymi drzwiami gastyenicy, która na najbliższe dwie noce miała stać się naszym domem.

HOTEL KEREMET – JAKA CENA, TAKI LUKSUS

Jakież było zaskoczenie recepcjonistki, kiedy przekroczyłyśmy próg hotelu Keremet, najtańszego z dostępnych w mieście. Zdaje się, że spodziewała się turystów, a nie turystek, bo mina jej zrzedła, a gdy powołałyśmy się na jej rozmowę z taksówkarzem i rezerwację miejsca w dormie. Powiedziała stanowczo: ‘miejsca wyprzedane, został tylko apartament Ljuks‘, miną sugerując, że nie życzy sobie żadnych uwag, a tym bardziej dyskusji. Udałyśmy się zatem do rzeczonego pokoju.

Pomieszczenie znajdowało się na pierwszym, a zarazem ostatnim piętrze budynku, na samym końcu wąskiego korytarza gdzie co i rusz z półmroku wyłaniały się drzwi do kolejnych pokoi. Pracownica Keremetu, która prowadziła nas do naszego apartamentu z trudem wsunęła klucz w zamek, mamrocząc pod nosem, że to cholerstwo nie działa, po czym siłą pchnęła drzwi i wpuściła nas do cuchnącego stęchlizną pomieszczenia. Na apartament Ljuks składały się sypialnia z wielką szafą, maleńka łazienka oraz salon z kanapą, fotelem, pustą meblościanką, telewizorem i ogromną, nowiutką lodówką.

Na odpowiedź na pytanie, po co w tak obskurnym pokoju postawiono nowy, nieużywany jeszcze sprzęt nie przyszło nam długo czekać, a dokładnie tylko do momentu, kiedy okazało się, że zamek faktycznie nie działa i jedyną możliwością zamknięcia apartamentu jest przystawienie tą własnie lodówką drzwi. Potrzeba matką wynalazku. Jeśli chodzi zaś o sam pokój, cóż, jaka cena taki standard. Sufit pokryty grzybem, tynk odpadający od niechlujnie pomalowanych ścian, poplamione ręczniki, kilkucentymetrowa warstwa kurzu i wyjątkowo lepka kanapa. W sam raz na naszą kieszeń, bo cena tej przyjemności to około 7$ od osoby. Sam pobyt był raczej spokojny, ale nie polecałybyśmy tego miejsca samotnie podróżującym dziewczynom – w korytarzu kilka razy zaczepiali nas dość nachalni panowie, prosząc o numer telefonu. Swoją drogą, w hotelu nie ma Wi-Fi, zresztą w całym mieście jest z tym ciężko. Na pewno jednak jest ono w nadmorskiej restauracji Lido, choć lepiej tam nie jeść – można się urządzić na kilka ładnych godzin.

DAWNIEJ TO BYŁY CZASY

Same często tak sobie powtarzamy, ale Aktau jest jednym z takich miejsc, gdzie narzekanie jest dużo bardziej usprawiedliwione. Niby latem ciągle ściąga tam rzesza turystów (głównie wewnętrznych, z innych części kraju), niby jest cała infrastruktura, ale jednak widok jest smutny. Kiedy byłyśmy tam pod koniec lipca, przyjezdnych było jak na lekarstwo, plaże były raczej wyludnione, co kilkadziesiąt tylko metrów pojawiał się jakiś amator opalania. Ogromne nadmorskie restauracje świeciły pustkami i jedynym co sprawiało, że to wszystko jeszcze jakoś funkcjonuje, były wesela. Na jedno z nich prawie udało nam się załapać, bo gdy raczyłyśmy się zimnym piwem gapiąc się na Morze Kaspijskie w jednej z nich (swoją drogą – ogromnej, kilkupiętrowej, w kształcie statku, która mogłaby bez problemu pomieścić kilkaset osób), zaczęło się wieszanie dekoracji i próba DJa. Wszystko to wydarzyło się w mgnieniu oka, nim zdążyłyśmy się obejrzeć goście zaczęli się schodzić i czas było udać się dalej.

LUNAPARK W RUINIE I PIĘKNE PLAŻE

Samego zwiedzania w Aktau jest niewiele, a to, co zapada w pamięć najbardziej, to przygnębiająca atmosfera. Pomnik radzieckiego samolotu, niszczejące sowieckie bloki z wielkiej płyty (choć ozdobione pięknymi mozaikami), a przede wszystkim ogromny lunapark, który chyba nawet jeszcze działa, ale mało kto z niego korzysta. Ludzie, których tam spotkałyśmy, nierzadko byli do nas raczej negatywnie nastawieni (bo vi v Polshi Rassiji ne lubite), choć zdarzyło nam się jechać z przemiłym taksówkarzem, który wyrecytował nam skład naszej reprezentacji jednym tchem, bo kochał piłkę nożną, spotkałyśmy też kilka fajnych pań na plaży (pod powierzchnią wody leżą bardzo śliskie kamienie, złapałyśmy zatem z nimi nić porozumienia, bo wszystkie wyglądałyśmy komicznie próbując wejść do wody). Sama plaża zaś jest piękna, zupełnie inna niż ta po azerskiej stronie. Częściowo piaszczysta, co jakiś czas zmienia się w skałę, na której można się wylegiwać godzinami. Woda też jakby czystsza, przyjemnie się tam pływa. I tylko te straszące w tle szkielety nigdy niedokończonych wieżowców.

W AKTAU NIE MA ULIC, SĄ RAJONY

To dość charakterystyczna cecha tego miasta i początkowo ciężko się w tym połapać. Otóż cały obszar podzielony jest na kilkanaście (kilkadziesiąt?) tak zwanych mikrorajonów. Zamiast nazwy ulicy mamy zatem numer mikrorajonu, następnie numer budynku i w końcu numer mieszkania. Dla przykładu, adres hotelu Keremet to Mikrorajon 3/20 (gdzie 20 to numer domu, co do numeru mieszkania – zależy jaki apartament nam się trafi). Wynika to z tego, że pierwotnie Aktau miało być miasteczkiem robotników pracujących przy wydobyciu ropy z Morza Kaspijskiego.

Podsumowując, Aktau jest dziwnym tworem z unikalnym podziałem na rejony, pięknymi plażami, podupadającymi restauracjami i raczej przygnębiającą atmosferą podsycaną wyczuwalnym sentymentem do Związku Radzieckiego. Ale wiadomo – odczucia zawsze są bardzo subiektywne.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *