AZERBEJDŻAN – LUDZIE

O ludziach pisałyśmy przy okazji Iranu, Gruzji i Armenii i pisać będziemy jeszcze nie raz, bo notatki z Azji Środkowej niedługo ujrzą światło dzienne. Czas wreszcie powiedzieć coś więcej o Azerbejdżanie. Jakiś czas temu ktoś zapytał nas jacy właściwie są Azerowie i, co tu dużo gadać, żadna z nas nie wiedziała co powiedzieć, bo boimy się uogólnień i stronimy od nich. Ale o tym, jacy byli ci konkretni ludzie, których poznałyśmy gdzieś między Baku a Qobustanem, możemy powiedzieć dużo. Bardzo, bardzo dużo.

TARKHAN I AZER – PLACKI ZIEMNIACZANE I F.C. BARCELONA.

Tarkhana – specjalistę IT, i Azera – pracownika platformy wiertniczej na Morzu Kaspijskim, poznałyśmy przez obumierający już Couchsurfing kilka lat temu, kiedy zgodzili się ugościć nas w ich mieszkaniu na obrzeżach Baku. Po kilku nocach spędzonych u innych ludzi w stolicy, umówiłyśmy się z Azerem na stacji metra na jego osiedlu, gdzie spóźnione i upocone dojechałyśmy po kilku przygodach z miejską policją (w kilku słowach – mieli zastrzeżenia do naszych srebrnych karimat przytroczonych do plecaka, co skończyło się dość skrupulatną kontrolą naszych dokumentów). Azer, niezrażony naszą niepunktualnością, powitał nas szerokim uśmiechem i oznajmił (po przejęciu plecaka Karoli), że zanim zaprosi nas do domu, zrobimy zakupy, bo jego lodówka świeci pustkami. Wiadomo, kawalerskie życie, kto by myślał o zapasach.

Karola i Azer na Maiden Tower w Baku

Pisząc do Azera na Couchsurfingu zaoferowałyśmy mu ugotowanie polskiego dania, bo lubimy w ten sposób odwdzięczyć się za nocleg, zwłaszcza, że rzadko na końcowym etapie podróży mamy jeszcze ze sobą jakieś pamiątki przywiezione z domu. Na ogół musimy się przy tym wznosić na wyżyny kreatywności, bo znalezienie odpowiednich produktów (nawet w dobie globalizacji) często graniczy z cudem. W pobliskim supermarkecie spotkała nas jednak nie lada gratka – kiełbasa sucha krakowska, importowana z Polski, zafoliowana i gotowa do kupienia. Bierzemy!

W mieszkaniu czekał już na nas współlokator Azera, Tarkhan, na marginesie – najwierniejszy fan F.C. Barcelona na świecie. Chłopaki rozpakowali zakupy, otworzyli cztery piwa i zabraliśmy się do gotowania. Azer był wzruszony. Powiedział, że hostował mnóstwo ludzi, ale do tej pory my jako pierwsze dotrzymałyśmy obietnicy przyrządzenia obiadu (placki ziemniaczane i bigos z kiełbasą, gwoli ścisłości). I tak oto kolejne kilka godzin upłynęło nam na rozmowie o tym co nas łączy i różni, ale na pewno nie dzieli. To był pierwszy moment, kiedy zdałyśmy sobie sprawę z tego, jak bliskie są nasze światy, w których borykamy się z takimi samymi problemami i cieszymy z tych samych rzeczy. Od rozgrywek piłkarskich do kondycji służby zdrowia, każdy miał coś do powiedzenia i zanim się zorientowaliśmy, zastał nas świt i pora było kłaść się spać. Tarkhan oddał nam swój pokój z łóżkiem, sam spał na podłodze w innym.

Kolejne kilka dni spędziłyśmy zwiedzając Baku i restauracje serwujące tradycyjne azerskie potrawy. Wszystko na koszt chłopaków, bo gość w dom, bóg w dom. Na nic nasze tłumaczenia, że choć raz to my chciałybyśmy zaprosić ich na obiad. No pasaran, wy gotowałyście, nasza kolej.

Tarkhan, Karola i współlokatorka Tarkhana

Wyjeżdżając z Baku musiałyśmy dostać się na lotnisko w środku nocy. Samochód Azera był wtedy u jego rodziców, więc ten, bez uprzedzenia nas, zamówił nam taksówkę i zapłacił za nią z góry, żebyśmy dotarły bezpiecznie.

Dwa lata później, kiedy ponownie odwiedzałyśmy Baku, Azera akurat nie było, pracował na morzu. Z centrum miasta odebrał nas Tarkhan, który tym razem nie mógł zaoferować nam noclegu (sytuacja się zmieniła, w międzyczasie Azer się ożenił i Tarkhan zmienił mieszkanie). Wziął wolne w pracy na poranek, żeby bezpiecznie odwieźć nas do naszego hostelu (chwała mu za to, bo znajdował się on na drugim piętrze bloku i był kompletnie nieoznakowany). Wieczorem zaprosił nas na piwo, dzień później na obiad do swojego domu rodzinnego, a potem jeszcze do swojego nowego mieszkania, gdzie poznałyśmy jego przyjaciółkę z dzieciństwa i współlokatorkę. Codziennie wspierał nas dzielnie, kiedy waląc głową w mur walczyłyśmy o turkmeńską wizę. Stawał na głowie, żeby wszystko poszło po naszej myśli. Był zwyczajnie kochany, jak zwykle.

RODZICE TARKHANA, CZYLI URODZINY W AZERSKIM DOMU.

Tak się złożyło, że kilka dni po naszym zameldowaniu się w Baku wypadały urodziny Karoli. Z tej okazji mama Tarkhana zorganizowała obiad, bo urodziny trzeba świętować w gronie ludzi, nie można tak samotnie. Pojechaliśmy tam po południu, bo rodzice Azera nie mieszkają w samym Baku i droga samochodem zajmuje około czterdziestu minut. Na miejscu powitała nas uczta, na którą składały się wszelkiego rodzaju warzywa i owoce, pieczywo, sałatki, tradycyjna dolma (w kilku odsłonach), kompot z czerwonej bazylii (najlepszy na świecie) i słodycze. Biesiadowaliśmy tam przez kilka godzin, oglądając zdjęcia w albumach rodzinnych, bawiąc się z dzieciakami i co raz to poznając nowych członków wielkiej rodziny naszego przyjaciela –  wszyscy przyszli nas poznać. Gość w dom, bóg w dom.

WSZYSTKO BĘDZIE PO HERBACIE, CZYLI O PALMIE PIERWSZEŃSTWA

Do komendy straży morskiej w Qobustanie trafiłyśmy dzięki uprzejmości taksówkarza, który woził nas po okolicznych wulkanach. Okazało się, że naczelnik – Telman, to jego stary znajomy, i choć rozbijanie namiotu na terenie komendy jest absolutnie zakazane, dla nas zrobi wyjątek, bo musi mieć pewność, że spędzimy czas miło i bezpiecznie.

Telman, my i Azerski Baywatch

Telman jest w wieku naszych rodziców, tak na oko. Jeśli pamięć mnie nie myli, pochodzi z Karabachu, dlatego na czas pobytu u niego głęboko schowałyśmy nasze zapełnione ormiańskimi stemplami paszporty. Gwoli jasności: nie chodzi o kłamanie, a unikanie niepotrzebnych dyskusji. Bo Telman to człowiek, z którym się nie dyskutuje, lecz słucha się go, z podziwem reagując na jego zasługi (‘dzięki mnie nikt u nas nie tonie‘), zdolności (‘mógłbym Rosjan uczyć rosyjskiego‘) oraz rewelacje (‘na świecie owoce kiwi są wielkości piąstki dziecka, a w Azerbejdżanie – wielkości mojej głowy!‘). Z jednej strony był naszym aniołem stróżem przez kilka dni, dając dach nad głową, zapraszając na jedzenie do baru brata i podsuwając pod nos herbatę za herbatą, z drugiej strony nie pozwalał podjąć samodzielnych decyzji (‘pójdziecie popływać o 13, teraz na plaży jest za dużo ludzi‘), a swoich podwładnych potrafił przywołać przez walkie-talkie z pięciuset metrów po to tylko, żeby podali mu filiżankę. Czuć od niego empatię, zwłaszcza względem turystów (bo pomagał wielu, nie tylko nam), z drugiej strony serdecznie nienawidzi Ormian i wiesza na nich wszystkie psy przy każdej okazji. Jest wymagającym szefem, a jednocześnie pobłażliwym ojcem dla swojej dorosłej już córki. Jest ciekawy świata, ale jednocześnie zawsze wie wszystko lepiej. Ot, mieszanka sprzeczności, ale w tym wszystkim nie mam wątpliwości, że Telman, choć niekiedy trudny w obyciu, dał nam bardzo dużo od siebie nie chcąc absolutnie nic w zamian.

Jedyny problem z Telmanem był taki, że obiecywał nam niesamowite wycieczki i pływanie motorówką, ale dopiero po herbacie. ‘Po herbacie’ nigdy nie nadeszło, ale tak już w Azerbejdżanie jest.

BAYWATCH, CZYLI KTO KOGO ROBI W BAMBUKO

No właśnie, to jedna z ciekawszych obserwacji, których dane nam było dokonać w Qobustanie. Cały pobyt tam umownie nazywamy Azerskim Baywatchem, bo trochę tak to wyglądało: przystojni, wyrzeźbieni młodzieńcy w czerwono-żółtych uniformach, codziennie wyciągający z wody jakiegoś nieuważnego pływaka, który przecenił swoje możliwości. Ratownicy. Wylegując się na plaży, zawsze miałyśmy ich wokół siebie. Telman zarządził bowiem, żeby pilnowali, aby nikt nas nie niepokoił, jednocześnie musieli oni zachować bezpieczną odległość pięćdziesięciu metrów, żeby sami też nie zawracali nam głowy. Nie muszę chyba mówić o tym, jak zażenowane byłyśmy tą (w naszej opinii absurdalną) sytuacją, zwłaszcza, że gdy któryś z chłopaków podchodził do nas pogadać, natychmiast dostawał reprymendę przez walkie-talkie. Głupio nam było, obie miałyśmy wrażenie, że dokładamy im pracy (mimowolnie, ale jednak).

Saleh, syn Telmana i Mashallah

To o co chodzi z tym bambuko? Ano o to, że chłopaki – Saleh, Mashallah, Rahman, Zhizha, Senan i wielu, wielu innych, zdyscyplinowani byli tylko do zmroku. Gdy zaś Telman wracał do domu…kota nie ma, myszy harcują.

W komendzie na noc oficjalnie zostaje jeden ratownik. Telman bardzo tego pilnował, tak mu się przynajmniej wydawało. W rzeczywistości panowie tylko udawali, że rozchodzą się do domów, szybko chowając się po okolicznych krzakach i wyczekując momentu, kiedy światła starej Łady Telmana (‘w Baku mam Mercedesa‘) znikną na horyzoncie. Wtedy zaczynał się, co tu dużo gadać, potężny melanż! Brat jednego z ratowników podjeżdżał swoją piękną Nivą, włączał muzykę na cały regulator, i wszyscy jak jeden mąż podrywali się i zaczynali tańczyć lezginkę – tradycyjny (i imponujący) kaukaski taniec. Rozkładali napoje (bezalkoholowe, swoją drogą), grali w Lato (coś jak nasze Bingo), wyjmowali gitarę i dawaj, bawimy się, bo noc młoda! W ten sposób w ciągu trzech nocy nauczyłyśmy się śpiewać tradycyjne pieśni, tańczyć tą nieszczęsną lezginkę, zaliczyłyśmy offroad Ładą po nadmorskich (acz wyjątkowo wyboistych) bezdrożach, poopowiadałyśmy o nas, chłopaki o sobie i swoich rodzinach, wygrałyśmy dwa manaty w Bingo i nawiązałyśmy przyjaźnie, bo choć to duże słowo, to używam go z pełną świadomością. W imprezach (ponoć regularnych) uczestniczył syn i wnuczek Telmana. Zatem:

  • Telman robi w bambuko rząd, pozwalając nam spać na posterunku.
  • Ratownicy robią w bambuko Telmana, urządzając codzienne imprezy.
  • My robimy w bambuko ratowników, ukrywając nasze przyjaźnie w sąsiednim kraju.
  • Rząd robi w bambuko nas, obiecując, że wszystkie formalności da się załatwić, choć to nieprawda.
  • Telman robi w bambuko rząd

I tak bez końca.

TO JACY SĄ AZEROWIE?

Jak widzicie. Kochani, niesamowicie gościnni i pomocni, godni zaufania, czasem dziecinnie naiwni, za to bardzo honorowi, czasem służbiści, czasem hulaki, czasem ukształtowani propagandą, czasem względem niej zbuntowani. Są zatem dokładnie tacy jak my, wy i cała reszta świata.

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *