AZERBEJDŻAN – QOBUSTAN, CZYLI OFFROAD PO BŁOTNYCH WULKANACH

Qobustan to jeden z wielu parków narodowych Azerbejdżanu, ale wyjątkowy pod wieloma względami. Jest to bowiem miejsce, gdzie znajduje się blisko połowa wszystkich wulkanów błotnych na świecie (źródła podają różne liczby, od trzystu do czterystu z ok. siedmiuset znanych na świecie). Ponadto teren parku usłany jest petroglifami, czyli prehistorycznymi rysunkami wyrytymi w skałach. Tyle teorii, w praktyce zalet jest jeszcze więcej: Qobustan znajduje się względnie niedaleko Baku, można więc pojechać tam na jednodniową wycieczkę, na dodatek można dostać się tam marszrutką – mamy zatem możliwość podróżowania jak lokalni mieszkańcy a przy tym nie boli to naszej kieszeni (przynajmniej do pewnego momentu).

JAK DOJECHAĆ, ŻEBY NIE ZBANKRUTOWAĆ

Żeby dojechać do miasteczka Gobustan, w pobliżu którego znajduje się park narodowy, należy złapać autobus nr 6 (w pobliżu stacji metra  İçəriŞəhər), który ciężko przeoczyć, bo jest wielki, nowoczesny i klimatyzowany, i dojechać tymże do ostatniej stacji – 20-Saha. Tam, kiedy już zorientujemy się w otoczeniu (dość chaotycznym, dlatego może to pochłonąć stosunkowo dużo czasu), szukamy marszrutki nr 195, wsiadamy, szykujemy 80 manatocentów i jedziemy prosto do celu. Dobrze jest poprosić któregoś z pasażerów, albo kierowcę, żeby powiedział nam gdzie wysiąść – przystanki nie są oznakowane, za to ludzie są bardzo pomocni. Cały rejs trwa około 1,5h, bo marszrutka aspiruje do przekroczenia prędkości światła (zwłaszcza na zakrętach).

Kiedy dojedziemy już do Qobustanu, powita nas tłum taksówkarzy oferujących swoje usługi. Ceny będą mocno wygórowane, ale jak to w dawnych państwach sovetskogo soyuza – można, a nawet trzeba się targować. Nam udało się umówić z kierowcą na 25 manatów, choć ostatecznie z własnej woli zapłaciłyśmy mu trzy dyszki, ale o tym za chwilę.

2

Nasza taksówka na qobustańskim pustkowiu

W samym parku narodowym interesowały nas trzy rzeczy: muzeum, petroglify i wulkany. I tu ciekawostka: bardzo często wycieczki zorganizowane z Baku obejmują tylko wjazd do muzeum i oglądanie malowideł skalnych – jeśli decydujecie się więc na taką wycieczkę, upewnijcie się, że zobaczycie też błotne wulkany.

MUZEUM PETROGLIFÓW

Zaczynamy od muzeum. Dojechałyśmy tam dość późno, bo po 16, a obiekt zamyka się o 17. Czasu było zatem niewiele, ale nasz cudowny (i bardzo uczciwy) kierowca zadbał o to, żebyśmy ze wszystkim zdążyły (pędząc wiekowym Mercedesem po bezdrożach, jakby był małym Ferrari). Za wstęp do budynku płacimy 2 manaty, do tego dorzucamy 1 manata na grupę (w naszym przypadku dwuosobową) za nie-do-końca-wiemy-co, ale niech będzie.

Muzeum jest zrobione naprawdę fajnie, pełno tam znalezisk takich jak zęby, igły, pierwotne narzędzia, biżuteria czy przedmioty użytku codziennego. Ponadto wszystko opisane jest w języku angielskim, więc oddając się lekturze dostaniemy bardzo ciekawą (i na ogół ładnie wyeksponowaną) lekcję historii. Cały budynek to kilka okrągłych pomieszczeń na dwóch poziomach, stylizowanych na jaskinię, ledwo podświetlonych, więc w środku panuje półmrok. Niestety, w czasie naszej wizyty w połowie sal panował całkowity mrok. Okazało się, że były jakieś problemy z prądem. No cóż, bywa i tak.

Poza rzekomą awarią elektryczności , w muzeum nie udała się jeszcze jedna rzecz, mianowicie wypchane zwierzęta i woskowe manekiny stylizowane na człowieka pierwotnego. Raczej to straszne niż ciekawe, ale okej, nie czepiamy się, taki był zamysł. Mnie osobiście dekoracja ubawiła. Ot, mała wpadka na tle naprawdę fajnej inwestycji. Ogółem jednak – jesteśmy na tak.

BIZON, KOŃ I MISA W SKALE, CZYLI PETROGLIFY

Odjeżdżając kilkaset metrów w górę od muzeum dojedziemy do terenu, na którym znajduje się najwięcej petroglifów. Miejsce jest porządnie oznakowane, nie ma zatem ryzyka, że niechcący, podziwiając księżycowy krajobraz z naturalnego tarasu widokowego na wzgórzu, umknie nam wyryty w skale bizon czy koń. A jest ich mnóstwo. Fajne to uczucie, widzieć na żywo to, co znamy z kiepskich ilustracji z książek do historii albo plastyki. Trzeba tez patrzeć pod nogi, gdzieniegdzie w skałach wyryte są wgłębienia o średnicy około dwudziestu centymetrów (w sam raz tyle, aby nieuważny turysta skręcił sobie kostkę), które – i to wiemy dzięki naszemu kierowcy – służyły do zbierania deszczówki. Obejście całego terenu zajęło nam około 15-20 minut, pewnie można spędzić tam dużo więcej czasu. Po prostu my zwiedzamy szybko, zawsze i wszędzie. No i przed nami był jeszcze highlight całej wycieczki, czyli błotne wulkany.

WULKANICZNY OFFROAD, CZYLI BŁOTO PO PACHY

Dojazd z muzeum petroglifów do wulkanów zajmuje około piętnastu-dwudziestu minut (czas przejazdu tym krótszy, im bardziej terenowy mamy samochód). I tu chapeaux bas dla naszego kierowcy (pluję sobie w brodę, że nie pamiętam jego imienia). Cierpliwie woził nas swoim wysłużonym autem od wulkanu do wulkanu, czasem wbrew logice, bo przecież dwieście metrów można przejść pieszo. Opowiadał o krajobrazie, o kraju, o turystach, którzy czasem robią głupie rzeczy, słowem – o wszystkim. Miło było spędzić czas w jego towarzystwie, a sam krajobraz… nadzwyczajny, nieziemski, nieprzeciętny, fenomenalny, pierwszorzędny, niebywały – więcej synonimów słowa ‘wspaniały’ nie przychodzi mi do głowy. Dziesiątki leniwie bulgoczących wulkanów, co i raz wypluwających błoto, które powoli spływa pod nasze stopy. Niesamowita cisza, przerywana jedynie chlupoczącym dźwiękiem beżowoszarej mazi uwięzionej w niewielkich – na ogół – kraterach, a w tle ledwo słyszalny szum Morza Kaspijskiego. Kosmos.

I tak oto gapiłyśmy się na to z szeroko otwartymi oczami, dopóki nasz kierowca nie powiedział, że niebawem zacznie się ściemniać i pora wracać, bo do głównej trasy jedzie się kompletnie nieoznakowaną ścieżką, która czasem znika pod warstwą pyłu i plam ropy.

Swoją drogą, błoto wulkaniczne ma podobno właściwości lecznicze, można się nim zatem śmiało wysmarować, a potem położyć na słońcu, wyschnąć i pobiegać, żeby się z nas wykruszyło. Nasz kierowca odradził nam to jednak, bo było już chwilę przed zachodem słońca, czyli – nie zdążymy wyschnąć, a jego samochód, choć stary, to jednak mercedes.

DLACZEGO ZAPŁACIŁYŚMY KIEROWCY WIĘCEJ, NIŻ CHCIAŁ

Wspomniałam wcześniej, że cena, na która umówiłyśmy się z kierowcą, to 25 manatów, zapłaciłyśmy mu jednak piątaka więcej. Dlaczego?

Po pierwsze, spędził z nami naprawdę dużo czasu. W sumie bite trzy godziny. Opowiadał ze szczegółami o petroglifach, wulkanach, swoim kraju. Wiózł nas po naprawdę fatalnej, czasem wręcz nieistniejącej drodze. I był zwyczajnie uczciwym, ciężko pracującym człowiekiem. Poza tym wszystkim jednak wyświadczył nam ogromną przysługę. Zapytałyśmy go bowiem, czy zna jakieś miejsce w okolicy – dziką plażę czy choćby zagajnik – gdzie mogłybyśmy rozbić namiot i odpocząć przez dwa-trzy dni. Nie dość że znał, i zawiózł nas tam z dobrego serca, nie żądając większej kwoty za przejazd, to zapoznał nas z naczelnikiem azerskiego WOPR-u, Telmanem, który przez kolejne trzy dni gościł nas w swojej komendzie nad samym morzem, jakbyśmy były jego córkami. Ale to już zupełnie inna historia.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *