KAWALKADA TIRÓW, CZYLI AUTOSTOP W GRUZJI cz.2

Anegdot autostopowych nigdy za wiele, czas zatem na kolejną porcję kaukaskich historii. Z poruszaniem się stopem po Gruzji jest tak, że czasem warto, a czasem bardzo warto. Było to pierwsze miejsce, gdzie dane nam było doświadczyć tego fajnego uczucia, kiedy samochód zatrzymał się zanim wystawiłyśmy kartkę z nazwą miejscowości. Pierwsze miejsce, gdzie jechałyśmy upchnięte z trzema innymi osobami na tylnym siedzeniu. Pierwsze miejsce, gdzie złamałyśmy absolutnie wszystkie zasady bezpieczeństwa, których zawsze kurczowo się trzymamy. Ale po kolei.

JAK GOSIA ZOSTAŁA STRAŻAKIEM

Do Batumi przyjechałyśmy w połowie sierpnia. Powitała nas ulewa, żegnał zaś niesamowity ukrop. Miasto niespecjalnie przypadło nam do gustu, zatem po jednej nocy spędzonej w hostelu postanowiłyśmy uciekać do Armenii, noc ta była jednak mocno zakrapiana, bo poza nami w hostelu było tylko sześciu na oko dwudziestokilkuletnich Gruzinów. Słowem: nasz plan łapania stopa od samego rana legł w gruzach, i tak oto na wylotówkę dostałyśmy się dopiero w południe.

Naszym planem było pojechanie drogą przez góry i wjechanie do Armenii od strony zachodniej, jednak przez dwie godziny nie zatrzymał się nikt, kto jechał dalej niż do Tbilisi (czyli: droga nie ta, miasto nie to). Byłyśmy już na tyle zrezygnowane (i, nawiasem mówiąc, niedospane), że rozważałyśmy pociąg, ale okazało się, że na to już za późno. I nagle…TIR. Wielki, czerwony TIR. Mamy taką zasadę, że nie wsiadamy do TIRów, bo bezpieczeństwo i tak dalej, ale kierowca (jadący z Turcji) zarzekał się, że zawiezie nas bezpośrednio do Erywania, a perspektywa spędzenia kolejnych godzin na poboczu bądź kolejnej nocy w Batumi była mało kusząca. I byłabym zapomniała. Kierowca jechał z ogromnym, puchatym pluszowym kotem, to dość mocny argument.

fluffy cat

Wspomniany kierowca (dalej zwany Naszym Tureckim Papą) mówił trochę po rosyjsku, ale niewiele. Wiele za to jadł, a co za tym szło, wiele jeść musiałyśmy i my. Śpieszę tłumaczyć. W związku z tym, że granica między Turcją a Armenią jest zamknięta, ale stosunki gospodarcze są (jak się okazuje) zachowane, tureckie TIRy muszą jechać drogą przez Gruzję. Tak więc trasa z Trabzon do Erywania mogłaby mieć około sześciuset kilometrów, ale ma ich dziewięćset pięćdziesiąt. Spora nadwyżka, zważywszy na to, że Armenia jest mocno górzysta. W związku z tą sytuacją, cała droga od Batumi do granicy w Sadakhlo usłana jest przydrożnymi, tureckimi barami, żeby kierowcy mogli się posilić w (bardzo) długiej podróży.

Nic to, jedziemy. Przed nami ponad siedemset kilometrów, i mogłoby się wydawać, że zajmie nam to maksymalnie dwanaście godzin, ale co dwie godziny zatrzymujemy się na obiad. Pełny obiad. Nie wiem ile takich obiadów zjadłyśmy, ale na pewno za dużo. Są takie momenty, kiedy jedzenie fizycznie nie mieści się w żołądku, i to był własnie taki moment.

Papa po angielsku nie mówił w ogóle. Jako, że miałam kiedyś przygodę z językiem tureckim, postanowiłam wykorzystać to i pokazać, co potrafię, ale trzeba wiedzieć, że to była bardzo krótka przygoda. Powiedziałam zatem:
‘Jestem Gosia’
‘Lubię czytać książki’
‘To jest pies, a to jest kwiat’
Szczerze mówiąc to nie było wszystko. Potrafiłam wypowiedzieć jeszcze jedno zdanie:
‘Jestem strażakiem’
Tak naprawdę nie jestem strażakiem, a zdania nauczyłam się, bo spodobało mi się brzmienie słowa ‘strażak’. Na dźwięk tego zdania oczy Papy rozbłysły. Na nic zdały się nieudolne tłumaczenia (po rosyjsku), że to nie tak, że po prostu nic innego nie potrafię już w jego ojczystym języku wypowiedzieć. Papy już to nie obchodziło, jestem strażakiem i już. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że zdanie to zaczęło żyć własnym życiem na falach CB radia. I tak oto na każdym postoju obiegało nas co najmniej pięciu kierowców, znajomych Papy, którzy z entuzjazmem pytali ‘Która z nich to strażak? No która?’. To jeszcze nie było najgorsze. Najgorsze były pytania szczegółowe:

Ile zarabiasz? Jak się pracuje w Polsce? Czy jedziesz do Erywania za pracą? Bo my znamy strażaków z Erywania, dobrze im płacą, załatwimy ci robotę. 

No to zostałam strażakiem, bo Karola powiedziała że trudno, trzeba iść w tę historię – nikt i tak nie słucha jej tłumaczeń. Aha, jeszcze jedno. Do Erywania dojechałyśmy po dwudziestu dwóch godzinach i dwóch przesiadkach do kolegów Papy.

AUTOBUSOSTOP 

Kutaisi. Pierwszy pobyt w Gruzji, dzień po przylocie, a że obie w Polsce dużo pracujemy, to oczywistym kierunkiem podróży pierwszego dnia jest wybrzeże Morza Czarnego, Ureki, Batumi, herbaciane pola i ładowanie akumulatorów na całą podróż.

ureki Nad morze chciałyśmy pojechać autostopem, ale że nasz hostel był w samym centrum, a do wylotówki był spory kawałek, po czterdziestu minutach marszu w upale i co najmniej dwóch zagrażających życiu przebieganiach przez ulice, ustawiłyśmy się na przystanku autobusowym w mieście z żółtą kartką z napisem Ureki, licząc na to, że ktoś będzie tam jechał.

Albo nikt nie jechał, albo nikt nie miał miejsca w samochodzie (w brak chęci zabrania autostopowicza w Gruzji nie uwierzę nigdy), bo stałyśmy tam dobrą godzinę. Po tym czasie z jednego z autobusów, które zatrzymały się na przystanku, wyskoczył pan i ochoczo zamachał na nas ręką, żeby wsiadać, byle szybko. Tłumaczymy mu w biegu, gdzieś między potykaniem się o rozwiązane sznurówki a wrzucaniem plecaków do środka, że autostop, że no money, że Ureki, ale pan gestem pokazał tylko, że spoko, zamknął drzwi i ruszamy. Chwilę po odjechaniu z przystanku pan, co nas do autobusu wsadził, wyszarpnął naszą żółtą kartkę, zobaczył napis i wybuchnął śmiechem. Ciężko powiedzieć co go tak ubawiło, czy nasze zdezorientowane spojrzenia, czy to, że chciałyśmy łapać stopa z centrum miasta, tak czy inaczej pan na fali swego dobrego humoru podmienił kartkę z trasą autobusu na naszą, i wtedy już calusieńki autobus śmiał się do rozpuku.

Do Ureki autobusem nie dojechałyśmy. Pan wsadził nas w marszrutkę z dworca.

CZASOCHŁONNA (DEZ)INFORMACJA

Być w Gruzji i nie pojechać w góry, to jak być nad morzem i się nie wykąpać. Trzeba i już. Dlatego właśnie jednym z punktów naszej podróży było miasto Stepancminda, czyli dawne Kazbegi. Jechałyśmy tam z Tbilisi, z samego centrum. Młody chłopak w informacji turystycznej podał nam numer autobusu i kazał jechać aż na wylotówkę. Nie wiedząc czemu byłam przekonana, że mamy wysiąść na ostatnim przystanku.

Rzeczonym autobusem jechałyśmy dobrą godzinę, ale wszystko się jakby zgadzało: duża droga, znaki na Stepancmindę, ruch ogromny, szerokie pobocze…Karola (słusznie zresztą) nalegała, żeby wysiadać, ale ja uparłam się, że jedziemy jak najdalej. Głupio się uparłam, bo w pewnym momencie autobus odbił na zachód. Mocno. Bardzo mocno, ale że na wylotówce przejścia dla pieszych bądź kładki pojawiają się raczej sporadycznie, a ostatnie przez nas zauważone było hen hen przed skrętem, postanowiłyśmy, że jedziemy dalej, w nadziei, że nasz autobus kiedyś  wróci na trasę.

Nie wrócił. Wyszłyśmy na pętli, rozejrzałyśmy się dookoła, a tam blokowisko, które czasy świetności ma już dawno za sobą, ba, wręcz się sypie na naszych oczach. Droga ubita z piachu, jakiś jeden mały sklepik…Kontroler biletów spojrzał na nas i zapytał co turystki robią w takim miejscu i gdzie jedziemy. Kiedy Karola powiedziała, że właściwie, to do Kazbegi, zapadła chwila ciszy, po czym…rozległ się najgłośniejszy śmiech, jaki kiedykolwiek słyszałyśmy. Kontroler dosłownie dławił się, jednocześnie próbując złapać oddech, co przychodziło mu z niejakim trudem. A potem powiedział, że dziękuje nam, bo umierał dziś z nudów w pracy, a teraz będzie miał co opowiadać kolegom po godzinach. Do Kazbegi! Na jego pętli! Dobre sobie!

W nagrodę za poprawienie mu humoru dostałyśmy przejazd gratis z powrotem na wylotówkę.

Z AUTOBUSEM CZECZENÓW

Do Kazbegi ostatecznie udało nam się dojechać, a skoro tam dotarłyśmy, to po czasie przyszła też pora na powrót, jak zwykle – autostopem. Pogoda była taka sobie, poprzedniego dnia mocno lało, droga cała w błocie, w którym co i rusz zakopywał się jakiś samochód, słowem – szło nam raczej opornie. Nasz plan był następujący: jak tylko dostaniemy się w okolice Tbilisi, łapiemy stopa prosto nad morze, bo do lotu powrotnego Karoli zostały jeszcze trzy dni  -w sam raz na wieńczące wspólną część wyjazdu nic-nie-robienie z pięknym widokiem. Odległość do pokonania z Tbilisi na wybrzeże to niespełna trzysta kilometrów, damy radę. Kiedy dojechałyśmy więc do rozstaju dróg (na południe stolica, na zachód – morze), pełne byłyśmy optymizmu. Godzina jeszcze przyzwoita (pewnie koło piętnastej), droga niemal doskonała (częściowo autostrada), będzie dobrze.

Kazbegi

Kazbegi


Byłoby dobrze
, gdyby ktoś się zatrzymał, ale wyglądało na to, że wszyscy pędzą priamo do stolicy. Na poboczu spędziłyśmy więc pewnie z godzinę, a w powietrzu czuć było to, czego obie się spodziewałyśmy, ale nikt jeszcze nie chciał powiedzieć tego na głos: śpimy w Tbilisi. I kiedy już prawie zmieniłyśmy napis na kartce, zatrzymał się autokar pełen młodzieży. Stał na poboczu dobre piętnaście minut, wszyscy z niego wyszli, usiedli wokół nas i obserwowali z zainteresowaniem co robimy, trochę się podśmiewając. W pewnym momencie podszedł do nas kierowca i powiedział, że może nas podwieźć do Kutaisi. Przystałyśmy na jego propozycję, bo z Kutaisi na wybrzeże jest już bardzo blisko, więc jeśli następnego dnia wyruszymy z samego rana, ciągle zdążymy jeszcze nic-nie-robić przez co najmniej jeden dzień.

W autokarze było jeszcze kilka wolnych miejsc, wybrałyśmy więc dwa z tyłu, i jedziemy. Początkowo nic nie wzbudziło naszego niepokoju, młodzież śmiała się z nas dokładnie tak samo jak wcześniej, można do tego przywyknąć, my też się zresztą śmiałyśmy – z całej sytuacji. Ostatecznie jechałyśmy z całą kolonią! Jeden z chłopaków zapytał nas tylko, czy nie chcemy usiąść z przodu, ale perspektywa przeciskania się między siedzeniami i prawdopodobnie budzenia jeszcze większej sensacji skutecznie nas przed tym powstrzymała.

Przez pierwszą godzinę (czyli po około trzydziestu kilometrach, bo autobus jechał tak wolno, że jeszcze chwila, i zacząłby się cofać) było dość głośno, bo chłopcy, którymi byłyśmy otoczone, robili sobie żarty z nas i z siebie wzajemnie i bawili się plastikowymi karabinami, które wydawały z siebie dźwięki imitujące strzelanie. Nikt do nas nie zagadywał, nikt o nic nie pytał. Na pierwszym postoju podszedł jednak do nas chłopak (na oko około dwudziestoletni) i wręczył nam dwa lody śmietankowe w prezencie. Po rosyjsku podziękowałyśmy mu, i tu nasze zdziwienie: Rusłan (bo tak miał na imię) po rosyjsku mówił doskonale! Dlaczego więc wcześniej do nas nie zagadał?

Okazało się, że podróżujemy z wycieczką gruzińskich Czeczenów, którzy jadą na kolonie nad jezioro. I nagle wszystko stało się jasne: powinnyśmy były usiąść z dziewczętami z przodu autobusu, a my prosto na tył między chłopaków – stąd te śmiechy…

Z Rusłanem przegadałyśmy kolejne godziny podróży (w ślad za nim zaczęli z nami rozmawiać też inni). Ciekawe to było doświadczenie, zwłaszcza, że Rusłan chyba spodziewał się, że skoro jest Czeczenem, a o jego kraju słyszy się raczej w kontekście Szamila Basijewa, wojny i zamachów, będziemy się go bały (było wręcz przeciwnie, wszak Czeczenia to nasze wielkie marzenie!), tymczasem my miałyśmy mnóstwo pytań. Chłopak opowiadał bardzo chętnie, był przemiły i zajmował się nami jak starszy brat, choć dopiero rok później, po przeczytaniu książki Wszystkie Wojny Lary Wojtka Jagielskiego zrozumiałyśmy, o czym tak naprawdę nam opowiadał. A opowiadał tak, że oczy nam się szkliły.

CO DALEJ?

Podobnych anegdot mamy jeszcze całe mnóstwo. Część opisujemy tu, część opowiadamy znajomym, część trzymamy tylko dla siebie. Jedno jest pewne. Każdy kolejny wyjazd do Gruzji dostarczy ich więcej. O wiele, wiele więcej.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *