GWIAZDKA W SIERPNIU, CZYLI AUTOSTOP W GRUZJI cz. 1

Jeśli chodzi o komfort i bezpieczeństwo poruszania się autostopem, Gruzja jest niemalże bezkonkurencyjna. Panujące w kraju zasady ruchu drogowego oraz warunki podróży porównywalne są do tych w Armenii (patrz: autostop w Armenii). Szerokie pobocza, samochody wyładowane po brzegi, dużo nieoznakowanych taksówek, sprzedawcy owoców co kilkaset metrów, ale przede wszystkim niezwykle życzliwi ludzie. Nie-zwy-kle! Swoją drogą nie wiem, czy którykolwiek inny kraj dostarczył nam tylu przygód autostopowych.

ZGUBIŁEM CZERWONĄ CIĘŻARÓWKĘ

To właśnie usłyszałyśmy, wcisnąwszy się do małego Citroena gdzieś w pobliżu skalnego miasta Uplistsikhe. W samochodzie siedziało już trzech panów (w tym jeden postury kulturysty), a do naszego tandemu na kilka dni dołączyła nasza przyjaciółka ze Szwajcarii, Albane. Mały Citroen cudem naszą szóstkę pomieścił, ale panowie uparli się, że nie zostawią nas wieczorem na pustkowiu, bo zbiera się na burzę, a najbliższa marszrutka odjeżdża o poranku, toteż dałyśmy się namówić.

uphlisyhe01 Odległość między Uplistsikhe a Tbilisi, do którego zmierzałyśmy, to niespełna sto kilometrów autostradą. Najwyżej półtorej godziny, można by rzec, ale nie w Gruzji. W Gruzji jednostką czasu są Kaukaskie Godziny, koniec, kropka. Jak to się zatem stało, że pokonanie zaplanowanego dystansu zajęło nam godzin siedem?
Kilka chwil po tym jak trzasnęły drzwi Citroena, jeden z pasażerów – Zviad – powiedział nam, że 13288244_10209708113999291_1955326135_ozanim zjedziemy na autostradę, musimy znaleźć jego ciężarówkę, bo dzień wcześniej zostawił ją w jakiejś wsi, żeby lokalni mieszkańcy zapakowali do niej swoje brzoskwinie i nektarynki, problem w tym, że Zviad za nic nie mógł sobie przypomnieć gdzie to było. I tak oto jeździliśmy od wioski do wioski, szukając czerwonego TIRa wyładowanego owocami. Po niemal dwóch godzinach, bingo, jest! Między Bogiem a prawdą już jakiś czas wcześniej zaczęłyśmy wątpić w istnienie rzeczonego pojazdu. Jeśli chodzi o zawartość ciężarówki, teorie są dwie. Albo Zviad rzeczywiście przewoził żywność na Ukrainę (zarzekał się, że tak jest), albo, co bardziej prawdopodobne sądząc po towarzystwie kręcącym się przy ciężarówce, Zviad coś przemycał. Nie udało nam się tego dowiedzieć, dowiedziałyśmy się jednak, gdzie właściwie się znajdujemy:

– Zviad, a sichas my gde?
– Wot, tam, vidish takoye svetlo? Kilometr ili dva?
– Kanechna.
– Wot, eto Russkije saldaty. Osetia. Granica.

Jeśli wierzyć naszemu kierowcy, Russkije saldaty czasami strzelają, ale spakoyna, nie bójcie się, strzelają tylko do Gruzinów. Nie dodało nam to zbyt wiele otuchy.

LOVE, ACTUALLY

13271925_10209708113959290_818227746_o

Pakujemy się znowu (z niemałą ulgą) do Citroena. Zviad po znalezieniu swojej ciężarówki miał się do niej przesiąść, ale po drodze zmienił zdanie, bo za dobrze nam się rozmawia, wot, horosho, jadę z wami do Tbilisi.
Po odjechaniu z osetyjskiej granicy ciągle byłyśmy trochę podenerwowane, toteż Zviad na rozluźnienie atmosfery postanowił włączyć muzykę. W samochodzie była tylko jedna płyta, jego ulubione piosenki. W tym całym sierpniowym upale, pierwsza piosenka brzmiała:

I feel it in my fingers, I feel it in my toes
Christmas is all around me and so the feeling grows
It’s written in the wind, it’s everywhere I go
So if you really love Christmas, come on and let it snow

Po chwili konsternacji zapytałam Zviada dlaczego słuchamy piosenek o Bożym Narodzeniu w środku lata, na co ten odparł, że on nie wie co oni tam gadają, bo angielskiego nie zna, ale melodia ładna. No to jedziemy i nucimy tą melodię w rytm dzwoneczków, jingle, jingle, i jest nam cudownie świątecznie w tym zatłoczonym samochodzie.

KAWA, MONASTYR, OBIAD, SPACER, WINO, MONASTYR, BĘC!

Pierwszy z trzech postojów na kawę nastąpił równo z końcem piosenki. Co więcej, ku zachwytowi panów, przydrożny sklep poza kawą serwował szwajcarską czekoladę, toteż Albane dostała ją w prezencie, żeby poczuła się jak w domu.

Po kawie (trzecia godzina w drodze) nadszedł czas na spacer po dumie Gruzinów, kompleksie monastyrów Mtskheta, bo zapadł już wieczór, a takiego widoku, jaki miejsce to oferuje wieczorem nie można nie doświadczyć. Pospacerowaliśmy zatem, słuchając opowieści o niedawnej wojnie z Rosją, najlepszym winie na świecie i gruzińskich tradycjach. Możemy wracać.

Moglibyśmy wracać, ale przecież w Gruzji nikt nie wypuści gościa z pustym żołądkiem! Dlatego też naszym następnym postojem nie była ulica Vazha Pshavela w Tbilisi, gdzie mieszkałyśmy, a wielka restauracja na obrzeżach miasta, o której swoją droga nieraz jeszcze wspomnimy. W restauracji zaś prawdziwa Supra – gruzińska uczta, mocno zakrapiana domowym winem.

KLUB TŁUMACZA

Gruzińskie toasty są owiane niejaką legendą, nie bez powodu zresztą. Niezależnie od tego ile osób zasiada do biesiady, toast wznosi tylko jedna, wybrana wcześniej osoba – Tamada. Ten zaś na ogół wykazuje się typowym dla Gruzinów talentem oratorskim, 13262574_10209708146040092_334006929_osnując półgodzinną opowieść o swoich przodkach, naszych przodkach, przodkach ludzi, których nie znamy, i o ludziach, dla których my będziemy przodkami. To za nich właśnie pije się najczęściej. Przy naszym stole Tamadą został wspomniany wcześniej kulturysta (właściwie: rugbysta, za nic nie możemy sobie jednak przypomnieć jak miał na imię), problem jednak w tym, że nie mówił on w żadnym języku poza gruzińskim. Toteż:

  1. Rugbysta wznosił toast po gruzińsku
  2. Zviad tłumaczył na rosyjski Karoli
  3. Karola tłumaczyła na polski mnie
  4. Ja tłumaczyłam na angielski Albane

Kiedy wreszcie przesłanie docierało do Albane, piliśmy wino na raz i zaczynała się nowa kolejka, bo proces tłumaczenia był czasochłonny.

I tak oto popijając pierożki khinkali domowym białym winem, wzruszając się i wzajemnie zapewniając o dożywotniej przyjaźni, przesiedzieliśmy w restauracji bite trzy godziny. Po uczcie zaś, tłumacząc to rzekomym zbawiennym wpływem na procesy trawienne, panowie zaprosili nas do przepięknego monastyru, usytuowanego na (dość odległym) wzgórzu, z którego rozpościerał się wspaniały  widok na majaczące w dali Tbilisi.

AUTOBUS OBCOKRAJOWCÓW

Kiedy już po całym dniu przygód ze Zviadem i gawiedzią zbliżaliśmy się do Travel House’u, w którym nocowałyśmy wraz z dwoma tuzinami innych podróżników, panom zrobiło się jakoś smutno. Bardzo chcieli spotkać się z nami jeszcze następnego dnia i zabrać nas na wycieczkę w góry, do Meghri, jednak:

a) po pierwsze panowie, ośmieleni spożytym winem, zrobili się już trochę przaśni i odrobinkę zbyt wylewni
b) dwa dni później jechałyśmy do Baku, więc czasu też nie było u nas za wiele

W związku z zaistniałą sytuacją, Karola powiedziała Zviadowi najuprzejmiej jak potrafiła, że niestety nie możemy, nie damy rady, nie ma jak, bo czas, bo Baku…Zviad był jednak nieugięty, dlatego Karola postanowiła sięgnąć po ostatni argument:

Karola: wiesz, Zviad, ale jest jeszcze jeden problem. My tu jesteśmy ze znajomymi, nie możemy ich tak po prostu zostawić na dwa dni.
Zviad: Vot, a ilu ich jest?
Karola (mając na myśli wszystkich podróżników poznanych w Travel Housie): No…dwadzieścia osób?
Zviad: Vay…no tak…na dwadzieścia osób to już potrzebny autobus…Ale nie martwcie się! Mój przyjaciel Gago ma autobus, zadzwonię do niego, pożyczy nam bez problemu!

Poświęćmy chwilkę na wyjaśnienie. Zviad, usłyszawszy, że jesteśmy w Tbilisi z grupą dwudziestu znajomych, postanowił pożyczyć autobus od znajomego, żeby zabrać nas wszystkich na wycieczkę w góry. I wcale nie żartował! Gruzińska gościnność nie zna granic.

OŁTARZ W DRZEWIE

Kilka chwil wcześniej wspomniałyśmy o restauracji z domowym winem, do której zabrał nas Zviad z przyjaciółmi. Uczciwie przyznajemy, że jadłyśmy tam gruzińskie potrawy w najlepszym wydaniu. Jeszcze w Baku wspominałyśmy cudowne khinkali i najlepsze chaczapuri na jakie13282639_10209708113919289_286619816_o trafiłyśmy. Dlatego własnie bardzo chciałyśmy wrócić własnie tam rok później, ale że Zviad z przyjaciółmi zawieźli nas tam po zmroku, za nic nie wiedziałyśmy gdzie ta restauracja jest. Jakież było nasze zdziwienie (i wzruszenie), kiedy rok później, jadąc stopem z Tbilisi do Kazbegi z azerskim biznesmenem, zatrzymaliśmy się na obiad w dokładnie tej samej restauracji! Poznałyśmy ją po dziupli w drzewie, w którą wepchnięta jest wypchana fretka i sztuczne kwiaty. Brzmi dziwnie, ale nie ma co się zrażać. W środku jest pięknie i pysznie.

I pointa. Kierowca marszrutki, którą Karola jechała w zimie z Kutaisi do Gudauri na snowboard, zatrzymał się na postój właśnie tam. O, radości!

INFO: Restauracja nazywa się Zgapari (mapa)

Polecamy!