ARMENIA – LUDZIE

O wartości kraju świadczą jego ludzie. Jeśli zatem o wartości Armenii świadczą jej mieszkańcy, śmiało powiem, że jest to kraj wart więcej niż wszystkie skarbce świata. Ale jak wiadomo – uogólnienia mogą być krzywdzące albo przedstawiać zakrzywiony obraz świata, dlatego poniższy tekst to bardzo subiektywny zapis bardzo osobistych spostrzeżeń.

ORMIANIN – GENIUSZ I HULAKA

Jedną z najciekawszych cech Ormian jest ich niesamowity talent do przyswajania nowych języków. Raz powtórzony zwrot po francusku, polsku czy włosku zostaje im w pamięci na lata. Dotyczy to właściwie wszystkich młodych ludzi, których spotkałyśmy na naszej drodze. Niestety, ze względu na nieciekawą sytuację ekonomiczną kraju, zazwyczaj kończy się na rosyjskim wyuczonym w szkole. Ogromna strata, bo moim zdaniem Ormianie mogliby aspirować do tytułu arcypoliglotów. Z czego to wynika? Być może ze złożoności ich języka ojczystego, który składa się z 39 liter, a co za tym idzie 39 różnych dźwięków, ponadto podobnie jak język polski posiada dość skomplikowaną gramatykę.

13170754_10209598480938533_1417134114_o

Ormianie są też bardzo honorowi. Lubią komplementować dziewczęta (zwłaszcza obdarzone słowiańską urodą) i mimo, że bywają przy tym trochę przaśni, na ogół nie przekraczają granicy naszego poczucia komfortu. Słowem: dziewczę piękne, trzeba jej to powiedzieć! Ponadto w sytuacji, kiedy dwóch (lub więcej) panów, mających zgoła inne zdanie na dany temat, dochodzi do wniosku, że na nic zdadzą się rozmowy i nadszedł czas na rozwiązanie konfliktu siłą, nigdy nie zrobią tego w obecności kobiety. Bijatyka – męska sprawa, nie wypada, żeby panie patrzyły.

ORMIANIN – ANIOŁ STRÓŻ

Będąc w Erywaniu po raz pierwszy, postanowiłyśmy pojechać nad jezioro Sevan na 3-4 dni, bo widoki piękne, a my zmęczone. W związku z pewnymi stresami których doświadczyłyśmy jadąc stopem z Gruzji dwa dni wcześniej, postawiłyśmy na marszrutkę do miejscowości Sevan. Kiedy po dość męczącej drodze (1 marszrutka, 10 osób, 7 wielkich plecaków, więc wyobraźcie sobie) znalazłyśmy wreszcie wspomniane jezioro, było tam już sporo ludzi i jakieś pojedyncze namioty. Wtedy nie wiedziałyśmy jeszcze jak wygląda sprawa kempingu w Armenii, więc postanowiłyśmy dopytać.

Tsovagyugh, Stoned In This World

Hajk, jeden z naszych znajomych z Erywania

Swoim sokolim okiem Karola dostrzegła sporą grupę młodych ludzi siedzących przed czymś na kształt hipisowskiego obozowiska, naiwnie stwierdziłyśmy więc, że jak młodzi, to pewnie dogadamy się choćby łamanym angielskim. W tamtym czasie nasz ruskiy yazik był mocno wybrakowany, nie wiedziałyśmy na przykład jak powiedzieć ‘namiot’. Niestety nikt z grupy nie mówił po angielsku, więc stanęło na gestach.
Nieudolnie machając rękami i nogami, pokazałyśmy:
coś na kształt wielkiego trójkąta – ‘namiot’
krąg wokół siebie – ‘w okolicy’
kciuk do góry – ‘okej’
rozłożone ręce – ‘pytanie’

Nasi przyszli znajomi patrzyli na nas rozbawieni (jak się potem okazało, specjalizowali się w pantomimie), ale mniej więcej w połowie drogi między gestami Karoli a moimi bezradnymi spojrzeniami, uznali, że chodzi pewnie o to, że chcemy z nimi biwakować, wyciągnęli więc nasz namiot przytroczony do plecaka (którego ciągle jeszcze nie zdjęłam z pleców), potem, zanim zdążyłyśmy spojrzeć na siebie, rozłożyli go obok, a następnie przenieśli dwa razy w lepsze miejsce, bo w poprzednich podłoże było nierówne, a na nierównym nie śpi się wygodnie.

Każdego dnia panowie (i panie) zachęcali nas do nic-nie-robienia na zaimprowizowanych przez nich hamakach z widokiem na jezioro, podczas gdy sami gotowali, biegali do sklepu, rozpalali wieczorami ognisko, a rano przyrządzali kawę. Na nic zdały się nasze zapewnienia, że możemy same, że nie trzeba. Goście są, pewnie, że trzeba!hamak
Najfajniejszym momentem w czasie naszego wspólnego pobytu nad jeziorem był jeden (delikatnie tylko zakrapiany) wieczór, kiedy to nasza wędrowna trupa zaprezentowała nam różnicę między tańcem ormiańskim, gruzińskim i tureckim, oraz przez dobrą godzinę śpiewała nam (przepiękne) pieśni ludowe, a to wszystko z niesamowitym widokiem na rozgwieżdżone niebo. Poza tym codziennie razem pływaliśmy, robiliśmy zawody w puszczaniu kaczek na wodzie (kamyczków, nie ptaków), śpiewaliśmy, jedliśmy, rozmawialiśmy, rozwiązywaliśmy polskie krzyżówki, graliśmy w Nardi (backgammon) i kalambury, graliśmy w karty (niejaki Sipan okazał się większym szulerem niż wspomniany kiedyś Perski Książę Ali) i utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że na całym świecie młodość wygląda tak samo. Rok później spotkaliśmy się w prawie takim samym gronie, a nasza znajomość, choć wystawiona na próbę czasu, przetrwała.

Tsovagyugh, The Card Game

UTALENTOWANY PAN ARNOLD

Arnolda poznałyśmy pewnego dnia nad Sevanem, kiedy nasi koledzy poszli po zakupy. Obserwował nas od dłuższego czasu, wreszcie zebrał się na odwagę, podszedł do nas i płynną, bezbłędną angielszczyzną zapytał, czy może z nami porozmawiać, bo wie, że mówimy po angielsku, a on chciałby poćwiczyć, bo na co dzień nie ma takiej możliwości. Przeprosił jeszcze za to, że mówi tak słabo, ale obiecał, że będzie się starał. Przeprosił, że mówi słabo, przepiękną angielszczyzną. Po kilku minutach rozmowy okazało się, że Arnold mówi też po rosyjsku i zna wszystkie filmy świata, o których kocha opowiadać. Po czterdziestu minutach mówił już całkiem nieźle po polsku. Po godzinie wyszło na jaw, że jego konikiem są przedmioty ścisłe, ale dużo czyta, bo poprzez książki uczy się świata, wiadomo, podróże za drogie. Ma 15 lat, dorabia pracując w barze jako kelner. Bardzo stresuje go rozmawianie po angielsku, bo uczy się na własną rękę (!). A gdy powiedziałam mu, że mam gorączkę, następnego dnia rano w namiocie czekała na mnie paczuszka z aspiryną, herbatką i ciasteczkami.

10407691_10205148619334774_3771061662999311555_n

GEV i MANCH, CZYLI PRZYJACIELE NA DOBRE I NA ZŁE

Ciężko mi pisać o chłopakach obiektywnie, bo po dwóch latach i kilku spotkaniach stali się bardzo bliscy zarówno mi, jak i Karoli. To tacy ludzie, których trzeba spotkać na swojej drodze, żeby doświadczyć czym jest wzajemny szacunek w przyjaźni. Ludzie, którzy udowodnili mi, że odległość nie gra roli, jeśli znajomość jest szczera. Ludzie, na których zawsze można liczyć, z którymi można śmiać się, płakać, wygłupiać, snuć niekończące się rozmowy o życiu, wynieść rozmowy o rzeczach przyziemnych na poziom filozoficzny, a problemy obrócić w żart.

Manch (właściwie: Manvel) kończy właśnie akademię teatralną w Erywaniu, gra w kilku spektaklach w teatrze Tiknikain, potrafi imitować każdy język obcy, który usłyszy, potrafi śpiewać tak, że wielu artystów może mu tylko pozazdrościć, to samo zresztą można powiedzieć o jego umiejętnościach tanecznych. Ma bardzo ormiańską urodę, choć nos niezbyt ormiański. Bywa, że milknie na dłuższy czas, kiedy coś zaprząta mu głowę. Nie wypełnił jeszcze obowiązku służby wojskowej, i bardzo nie chce tego robić. Chce za to wyjechać do Niemiec i kształcić się dalej na kierunku aktorskim. Kiedyś będzie powszechnie szanowanym artystą, innej możliwości nie widzę.

Gev jest typowym szutnikiem. W żart obraca dosłownie wszystko. Często powołuje się na starożytnych myślicieli, bo czyta kilka ton książek rocznie (w jego przypadku naprawdę łatwiej liczyć powieści w kilogramach). Kocha Boba Marleya, co nie raz doprowadziło mnie do białej gorączki. Najlepiej dogaduje się z Karolą w momencie, kiedy mnie już zaczyna irytować. Zna kilka sztuczek ze sznurkiem (sznurek znika, sznurek sam się zawiązuje, sznurek tańczy lambadę). Kiedy już nie wie co ma zrobić, robi kawę. Ma więcej energii niż wszyscy Polacy razem wzięci. Zagaduje do obcych ludzi, kiedy tylko nadarzy się okazja – w sklepie, w barze, na ulicy – bo przecież ludzie są fajni. Jest zawsze bardzo szczery i nie potrafi kłamać. To typ człowieka, z którym możesz iść na wojnę, bo wiesz, że nigdy cię nie wystawi (w najgorszym wypadku spóźni się kilka godzin, ale winą za to obarczyłabym raczej typowy na Kaukazie brak poczucia czasu).

TIGRAN, MISTRZ KUKIEŁ

Tigrana poznałam zimą tego roku. Jest znajomym Geva i Mancia z akademii teatralnej (już ją skończył). Pracuje w teatrze dla dzieci. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, zaprosił mnie na swój spektakl, potem na kolejny. Po przedstawieniach (Czerwony Kapturek i Przygody Tomka Sawyera) pokazał mi kulisy teatru, zapoznał z przemiłymi aktorkami, oprowadził po wszystkich zapleczach, a potem zaprosił na kawę, która skończyła się piciem piwa do późnego wieczora i długą rozmową o bardzo skomplikowanej sytuacji politycznej jego kraju, która wreszcie poukładała się jakoś w mojej głowie. Przy naszym ostatnim spotkaniu powiedział jeszcze, że jakbym potrzebowała pomocy przed wyjazdem, to jest do moich usług i wiem, że nie była to zwykła grzeczność. To po prostu człowiek o wielkim sercu.

ARMEN – HENDRIX NASZYCH CZASÓW

Armen odwiedził mnie kiedyś w mieszkaniu, kiedy wraz z Gevem przyrządzaliśmy ormiańskie kartoszki. Chłopaki studiują razem, ponadto Armen uczy Geva grać na gitarze, a nauczycielem 13184575_10209598267133188_1953822576_ojest nie byle jakim. Armen ma 19 lat, zawsze chodzi w białej koszuli i kolorowej kamizelce, ma burzę loków (trochę jak Slash z Guns’n’Roses) i kocha muzykę. Kiedy bierze gitarę do ręki i wydobywa z niej pierwsze dźwięki, dzieje się coś magicznego. Armen nie gra rękami, on gra całym sobą. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś podobnego. Nie znam słów, które uczciwie oddałyby stan , w jakim znajduje się człowiek, kiedy go słucha. Armen jest samoukiem, potrafi jeszcze grać na gitarze basowej, choć najbardziej marzy o takiej dwunastostrunowej. Armen bardzo chciałby wyjechać z Armenii, a na pytanie gdzie, odpowiada ‘tam, gdzie jest jeszcze więcej muzyki’. Kiedy Armen gra, przez chwilę ma się poczucie, że świat jest fajnym miejscem.

ARTUR I HRAJR, CHŁOPAKI Z OSIEDLA

Jadąc z Iranu w stronę Gruzji, wymęczone niemiłosiernym upałem i zasadami ubioru, do których stosowałyśmy się (bardziej lub mniej) w dawnej Persji, jednogłośnie postanowiłyśmy, że rozbijemy namiot nad jeziorem Sevan na kilka dni, będziemy cieszyć się pięknym widokiem, zimną wodą i chłodnym piwem. Między Bogiem a prawdą, Sevan już dużo wcześniej skradł nasze serca, i biwakowanie tam podczas pobytu w Armenii stało się taką nasza niepisaną tradycją.

Po przejściu kilku kilometrów przez miasteczko, las i (swoją drogą piękne) polany i dotarciu nad jezioro, rozstawiłyśmy swój namiot na brzegu i poszłyśmy się kąpać. Woda pozostawiała wiele do życzenia, ale nie w głowie nam było wybrzydzać! Nad jeziorem wypoczywało wielu mieszkańców Martuni, a wśród nich grupa chłopaków, na oko dwudziestokilkuletnich. Panowie, jak to na Kaukazie, przyglądali nam się z ogromną ciekawością ilekroć nas mijali, jednak – co tu dużo gadać – nie wzbudzili naszego zaufania. Wyglądali na takich, co lubią popić i pozaczepiać (przynajmniej jak na polskie standardy). Z tego właśnie powodu, przeczuwając, że panowie prędzej czy później zagadają do nas, ustaliłyśmy między sobą, że nie rozmawiamy przy nich po polsku oraz nie przyznajemy się do znajomości rosyjskiego, żeby uniknąć spoufalania.

Pierwszy podszedł do nas Hrajr. Ni stąd ni zowąd przysiadł się do nas i po rosyjsku zaczął dopytywać ‘ad kuda vy?’, słusznie wnioskując po naszej urodzie, że jesteśmy raczej nietutejsze.
Przez kolejne dziesięć minut trochę po angielsku, a trochę na migi, tłumaczyłyśmy mu, że z Irlandii, że ‘ne ponimayu ruski yazik’ i że ‘ne znayu, ne znayu’. Niezrażony okolicznościami Hrajr 13161336_10209598215531898_1333244418_o(już w towarzystwie swojego raczej milczącego przyjaciela Artura) przez kolejne dwadzieścia minut usiłował zaprosić nas na karotshki, które właśnie przyrządzają ze znajomymi nieopodal, bo ‘takoye kartoshki tolko zdes, v Martuni’ (swoją droga, Martuni słynie z najlepszych ziemniaków). Cóż, nasz nowy znajomy był tak szczery w swych intencjach i tak uparty, że ostatecznie, obawiając się trochę jego reakcji, ale nie chcąc więcej kłamać, wyznałyśmy mu prawdę. Hrajr, miast poczuć się urażony, co byłoby naturalną reakcją, uśmiechnął się od ucha do ucha i powiedział że to świetnie, w takim razie jesteśmy jego gośćmi! Jak rzekł, tak się stało.

Cały wieczór spędziłyśmy z grupą dziesięciu chłopa, jedząc pieczone ziemniaki, rozmawiając i przezornie, dla bezpieczeństwa, nie pijąc z nimi wódki, a zamiast tego sącząc nasze piwo. Tu bardzo zaskoczyła nas postawa Hrajra – postanowił, że skoro się nami opiekuje, to sam nic nie będzie pił, żeby mieć kontrolę nad sytuacją, jeśli jego koledzy się zapomną. Tak też się zresztą stało. W pewnym momencie mocno wstawieni panowie nie dogadali się w jakiejś sprawie i zaczęli się bić. Obie z Karolą w takiej sytuacji reagujemy jak na społeczników przystało – zamiast uciekać, chcemy rozdzielać i załagodzić sytuację. Panowie widząc to odeszli na bok, bo kobieta nie będzie im przeszkadzać! Nigdy jeszcze nie szłam tak wściekła do swojego namiotu. Następnego dnia, kiedy Karola wychyliła głowę na zewnątrz po przebudzeniu się, zobaczyła pięć ład i wszystkich dziesięciu panów, którym było tak wstyd za bijatykę z poprzedniego dnia, że postanowili w ramach przeprosin powitać nas kawą i śniadaniem o poranku.

Tak pięknie rozpoczęty dzień potem okazał się być jeszcze lepszy. Artur i Hrajr zabrali nas na wycieczkę po okolicznych Monastyrach swoją Ładą. Spędziliśmy kilkanaście godzin mknąc po bezdrożach, pijąc kawę i podziwiając widoki. To był bardzo dobry dzień.

noravank02

URAŻONA DUMA

Kontynuujemy historię Artura i Hrajra. Po powrocie z naszej całodziennej eskapady, zaczęło się zbierać na burzę, a nasz namiot – cóż, powiem tak – uznałyśmy że dodatkowe dwa kilo tropiku na plecach to kiepski interes. Tropiku zatem nie było, a w dali błyskało coraz bardziej. Widząc w jak beznadziejnej sytuacji jesteśmy, Artur zaproponował, że możemy wszyscy we czwórkę przenocować w domu jego dziadków, który w lecie jest pusty. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że rzeczony Artur gdzieś w połowie drogi między jednym monastyrem a drugim, wyraźnie poczuł do mnie miętę, co obudziło we mnie pewne obawy. Przezorny zawsze ubezpieczony, dlatego postanowiłyśmy ustalić zasady zawczasu. Karola wzięła Hrajra na stronę i dość wymownie zapytała go, czy aby na pewno wiedzą, że jesteśmy kumplami, bo Artur zdaje się o tym zapomniał. No i klops, ormiańska duma urażona, 13170013_10209598222252066_1301705356_oHrajr zły, bo jak w ogóle możemy o to pytać kogoś, kto się nami opiekuje. Słowem – nie zrozumieliśmy się. Okazało się, że nasze pytanie bardzo go zabolało, bo naprawdę niczego od nas nie chciał, ani on, ani Artur. Ostatecznie przenocowałyśmy w domu dziadków mojego absztyfikanta, ale żebyśmy nie czuły żadnego dyskomfortu, panowie zostawili nam klucze, kazali zamknąć się od środka, a sami wrócili do swoich domów i przyjechali po nas dopiero rano, żeby….zawieźć nas dalej! Wszystko zakończyło się fajnie i bez stresów, ale ciągle obstawiamy przy swoim – lepiej czasem urazić dumę i zapytać, niż pozostać z niesmakiem wynikającym z niedopowiedzenia.

PODSUMOWUJĄC

Ormianie, których napotkałyśmy na swojej drodze byli bardzo gościnni, niesamowicie uprzejmi, czasem trochę przaśni, ale na pewno warci poznania. Co tu dużo gadać  – po raz kolejny okazało się, że kiedy otworzysz się przed kimś obcym, w zamian dostaniesz więcej dobrego, niż się spodziewasz.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *