ARMENIA – AUTOSTOP – ANEGDOTY

Okazuje się, że wśród podróżników Armenia znana jest jako raj dla autostopowiczów. Coś w tym jest, bo w porównaniu do innych odwiedzonych przez nas krajów, konkurować z nią może tylko Gruzja, choć i tak pozostaje ona w tyle.

ILE SAMOCHODÓW PRZEJEDZIE, TYLE SIĘ ZATRZYMA

Podstawową zaletą łapania stopa w Armenii jest to, że można to robić absolutnie wszędzie. Właściwie każda droga ma coś na kształt pobocza, gdzie często starsi ludzie sprzedają owoce i warzywa. Kierowcy na ogół chętnie zabierają podróżnych nawet, jeśli trzeba posadzić cztery osoby z tyłu. Zatrzymanie samochodu od momentu wystawienia kartki z nazwą miasta na widoku zawsze zajmowało nam nie więcej niż piętnaście minut, a bywało, że kierowcy zatrzymywali się jeszcze zanim rozstawiłyśmy swój majdan na poboczu. Jako, że podróżujemy z Karolą we dwie, lubimy sobie trochę powybrzydzać kiedy przychodzi do wyboru kierowcy (niech jednak jasne będzie że robimy to tylko i wyłącznie ze względu na nasze bezpieczeństwo), więc Armenia siryozno jest dla nas rajem. Jedyne, o czym trzeba pamiętać to to, żeby upewnić się, że samochód nie jest nieoznakowaną taksówką, i w drogę!

TU JELEŃ, TU OBIAD, TAM MONASTYR

W Armenii odległości liczy się w czymś, co nazywamy z Karolą kaukaskimi godzinami. Oznacza to tyle, że jeśli mamy do przejechania 80 kilometrów prostą drogą, choć przy prędkościach rozwijanych przez kierowców powinno nam to zająć maksymalnie godzinę, doliczamy do tego zwiedzanie trzech przydrożnych monastyrów (plus 3 godziny), postój na khorovats i piwo (plus półtorej godziny), robienie zdjęć z rzeźbionymi w drewnie pomnikami niedźwiedzi i jeleni (plus 30 minut) i postoje na podziwianie widoków (plus godzina). Oznacza to, że przejechanie rzeczonych 80 kilometrów zajmie nam jedną godzinę, czyli siedem kaukaskich godzin i nie ma dyskusji. Dlatego właśnie planując podróż stopem zawsze dobrze zakładać, że zajmie nam ona co najmniej trzy razy więcej czasu niż myślimy że nam zajmie, zwłaszcza, jeśli mówimy po rosyjsku.

uphlisyhe05

Czasem łapiąc stopa zaprzyjaźnimy się z lokalnymi mieszkańcami…

O CO CHODZI Z TYMI NIEDŹWIEDZIAMI

Przy drodze łączącej Sevan z Dilijan znajdują się rzeźbione w drewnie pomniki jelenia i niedźwiedzia. Kiedy pierwszy raz jechałyśmy tamtą trasą, kierowca zatrzymał się i powiedział, że obowiązkowo musimy zrobić sobie zdjęcie z misiem, bo każdy to robi i nie ma przebacz, wot, tradicya. Lekko zażenowane sytuacją wspięłyśmy się po chybotliwych schodkach na niewielką skarpę i cyk, jest pamiątka. No właśnie, jest, albo nie ma. Jako, że miałyśmy wtedy wart kilka dolarów aparat na kliszę marki Vivitar, była spora szansa, że zdjęcie nie wyjdzie. Nasze modły zostały wysłuchane i tak też się stało. Kamień z serca, bo ciężko by się było z tego wytłumaczyć znajomym.

jeleń

…czasami trzeba zapozować do zdjęcia z jeleniem

Rok później jechałyśmy tą samą drogą, znowu autostopem. Mijamy tunel za Tsovagyugh, gaworzymy sobie radośnie z kierowcą, a ten nagle pach, stop, postój, tu jest nasz niedźwiedź, wspinajcie się na górę, a ja robię wam zdjęcie. Historia nie zawsze zatacza koło, dlatego tym razem zdjęcie wyszło, ale trzymamy je na inną okazję, bo jest paskudne. Kierowca zatrąbił na pożegnanie (bo na widok misia należy nacisnąć klakson) i jedziemy dalej. Niestety, przed Dilijan sytuacja powtarza się, tym razem pozujemy z jeleniem. Co zrobić, trzeba to trzeba. Myślę, że mina Karoli wyraża więcej, niż tysiąc słów.

RASSIJA ILI UKRAINA?

Nie jest tajemnicą, że rząd ormiański sympatyzuje z Rosją, a przyjaźń Serja Sarksyana z Vladimirem Putinem ma się nieźle. Dlatego często jadąc autostopem następował ten niezręczny moment, kiedy kierowca pytał ‘Wot, a v Polshy vy za Rassija ili Ukraina?‘ No i klops, bo coś trzeba odpowiedzieć, a sympatii politycznych kierowcy nie sposób przewidzieć. Naszą sprytną, a jakże, metodą radzenia sobie z takimi sytuacjami było dyplomatyczne twierdzenie, że ‘y v Rasiyi y v Ukrainye ludi horoshi i plohi’ , ku uciesze vazityeli, którzy zawsze kwitowali to stwierdzeniem ‘vot, pravilno gavaritye devochki’. Słowem, rozmów o polityce można próbować unikać, a i tak nas dopadną gdzieś między jedną wioską a drugą.

Raz miałyśmy okazję jechać z dwójką przyjaciół, z których jeden mieszkał w Moskwie, a jeden w Kijowie. Kiedy tradycyjnie padło pytanie o nasze preferencje polityczne nastąpiła chwila konsternacji, a potem panowie zaczęli się kłócić (ale tak na żarty) między sobą. Ostatecznie wyszła z tego bardzo ciekawa rozmowa o kondycji politycznej Armenii, a zwłaszcza o niedawnych protestach będących konsekwencją planowanej przez rząd podwyżki cen energii. Kolejny powód, dla którego warto jeździć autostopem! Zwłaszcza, że panowie zamiast zostawić nas w Noyemberyan, gdzie kończyli podróż, zawieźli nas aż pod samą granicę, po drodze zapraszając na ormiański obiad.

noyemberyan

Ten pan akurat mieszkał w Moskwie

PRYWATNOŚĆ? JAKA PRYWATNOŚĆ? MÓW JAK JEST!

Tak jak podróżnicy są ciekawi świata i kultur, tak ormiańscy kierowcy ciekawi są stanu naszego portfela, stanu cywilnego i stanu rzeczy ogółem. Coś takiego jak prywatność w kwestii zarobków czy rodziny na Kaukazie właściwie nie istnieje, a jeśli istnieje, nie było nam dane tego doświadczyć podczas kilku wypraw autostopowych w te rejony.

A teraz subiektywny poradnik jak radzić sobie w takich sytuacjach:

  • Pytanie: Masz męża?
  • Odpowiedź: Tak!
  • Problem: To dlaczego jeździsz sama? Mąż nie ma nic przeciwko? Jeśli puścił cię samą, to pewnie cię nie kocha. Zostaw go, ja mam syna, on będzie dla ciebie lepszym mężem!

No i klops, bo niezależnie od tego co powiemy, syn (opcjonalnie brat/kuzyn/wnuk) zostanie nam ochoczo zarekomendowany. Nasz pomysł radzenia sobie z takimi sytuacjami? Doświadczenie pokazało nam, że dobrą metodą jest delikatne zawstydzenie kierowcy roszczeniową postawą:

A dom macie? Syn pracę ma dobrą? Samochód ma? Nie ma? No to jak chce się ze mną żenić? Gotować umie? Przecież ja iz jewropy, ja gotować nie będę! Panie, najpierw pogadajmy o konkretach, a nie mydli mi pan oczy obietnicami! Jak zobaczę samochód i dom, to przemyślę, ale to innym razem, bo dziś nie mam czasu!

To wszystko oczywiście żartobliwym, a jednak stanowczym tonem. Absolutnie nie chcemy w żaden sposób urazić kierowcy, ale co tu dużo gadać, za mąż wychodzić też nie chcemy. Po tym wszystkim płynnie przechodzimy do tematu narodowej kuchni ormiańskiej i po problemie.

20150724_203930

Wyjątkowo ciekawy świata vozitel Vardan, który akurat miał syna na wydaniu.

Kolejna sytuacja:

  • Pytanie: A ile zarabiasz?
  • Odpowiedź: Eee…
  • Problem: Armenia jest ubogim krajem. Społeczeństwo dzieli się na oligarchów i coś na kształt naszej klasy średniej. Na wsiach ludzie zarabiają około 100€ miesięcznie, co ledwo wystarcza na utrzymanie, o żadnych luksusach nie ma mowy, wiele domów nie jest ogrzewanych, czasem brakuje w nich wody. Dlatego właśnie ciężko jest powiedzieć, że zarabiamy, dajmy na to, 600€. Ostatecznie jedziemy za darmo, na dodatek kierowca częstuje nas obiadem i papierosami.

Co zatem zrobić w takiej sytuacji? Jesteśmy zwolenniczkami mówienia szczerze jak jest. A jak jest w naszym przypadku? Zarabiamy poniżej średniej krajowej, a Warszawa jest droga. Armenia dla nas droga nie jest, ale bez przesady. Ostatecznie będąc tam, nie ma nas w pracy, więc będąc w podróży nie dostajemy wynagrodzenia. Ludzie naprawdę cenią sobie szczerość, a jeśli pokażemy im, że w niesamowitej jewropie mamy takie same problemy jak oni, jeszcze chętniej podzielą się z nami swoimi opowieściami.

Słowem: pytania, które w Europie uznalibyśmy za pogwałcenie prywatności, w Armenii sa na porządku dziennym i nie ma w tym nic złego. Ludzie są zwyczajnie ciekawi jak żyje się w wielkim świeciei dlaczego dwie devochki w ogóle zapuszczają się do tej odległej krainy.

JEDZIESZ PO OLIWKI, WRACASZ PACHNĄC CHANEL, LEDWIE OMIJAJĄC CHRZCINY LOKALNEGO NOWORODKA

Sytuacja przydarzyła nam się w zeszłe wakacje, gdzieś między małym miasteczkiem Tsovagyugh a niewielką wsią Shorzha. Razem z naszymi znajomymi – Manciem, Gevem, Sipanem, Zavem i Hajkiem – kempingowaliśmy nad jeziorem Sevan, bo widoki są cudowne, a woda w jeziorze czyściutka (nie bez powodu okolica słynie z najlepszych raków na Kaukazie). Mimo, że z chłopakami znamy się już długo i całkiem nieźle, ci uparli się, że będą dla nas gotować, zmywać, rozpalać ognisko, generalnie wyręczać nas w czym się da. Kiedy wreszcie po kilku dniach odkryłyśmy, że w Armenii po prostu nie mówi się naszym polskim zwyczajem ‘ja mogę dziś pozmywać‘ (zazwyczaj odpowiedź brzmiała ‘ja też mogę‘), tylko należy zwyczajnie się podnieść i iść pozmywać, postanowiłyśmy, że czas wreszcie coś dla chłopaków ugotować. Dlatego też pewnej soboty oświadczyłyśmy, że idziemy łapać stopa do najbliższego miasta, żeby zrobić zakupy na obiad, bo przydrożny stragan nie oferował nam tego, czego potrzebujemy.

20140816_171404

Chłopcy uparli się, że wszystko zrobią sami

Według naszego atlasu Armenii (mapę Kaukazu zostawiłyśmy przez przypadek w jednym z samochodów), dwa najbliższe miasta to Sevan i Shorzha, a że w Sevanie już byłyśmy, nasz wybór padł na to drugie. Nikt nie wie, dlaczego wydawało nam się, że możemy tam dojść na piechotę. A nie mogłyśmy, bo mijający nas kierowca uświadomił nam, że odległość między naszym namiotem a wsią to jakieś trzydzieści kilometrów. Powiedział jednak, że akurat zmierza w tamtą stronę, a jego bagażnik nie bez powodu wyładowany jest mięsem na szaszłyki i lokalnym arakiem (czyli bimbrem) – dziś chrzciny jego wnuka! Wiele nas kosztowało odmówienie uczestnictwa w uroczystości, ale cóż – nasi znajomi pewnie mocno by się niepokoili, gdyby nie było nas przez dwa dni.

Dojechawszy do Shorzhy okazało się, że wbrew zapewnieniom naszego atlasu, nie jest to miasteczko, a maleńka wieś, gdzie dwa sklepy oferowały dokładnie to, co nasza przydrożna budka w Tsovagyugh. Próżno tam było szukać bankomatu, a pieniędzy miałyśmy nie za wiele. Ale żeby nie wyjeżdżać z pustymi rękami, kupiłyśmy tam puszkę hiszpańskich oliwek.chanel

Niestety na drodze z Shorzhy do Tsovagyugh właściwie nie ma ruchu, jest za to dużo swobodnie biegających byków. Na nasze szczęście po około godzinnym marszu zatrzymal się samochód (bez drzwi ze strony pasażera, ale nie w głowie nam było wybrzydzać), a jego kierowca (który swoją drogą przedstawił się jako Satan, choć jak się później okazało jego prawdziwe imię to Saten) powiedział, że sam szuka bankomatu i że w takim razie pojedziemy do Chambarak, bo tam takowy jest na sto procent. No to jedziemy.

W Chambarak (a miasteczko to jest takim troszkę końcem świata), stojąc nad półkami z mięsem w jednym ze sklepów, nagle dobiegły nas…polskie głosy. Turyści? A skąd! Viva Disco w telewizji. Więcej słów nie potrzeba.

Wracając z Chambarak z Satenem, który w międzyczasie załatwiał jakieś podejrzane biznesy, zapytałyśmy go czym właściwie się zajmuje. W odpowiedzi sięgnął on po jakiś karton, który leżał na tylnym siedzeniu (ciągle prowadząc jedną ręką – nie dziwne zatem że jego samochód jednych drzwi już nie miał), i oświadczając nam, że handluje perfumami, jął chwicić flakon zapachu Chanel i opryskiwać najpierw mnie, a potem Karolę.

Pojechałyśmy po oliwki, wróciłyśmy pachnąc drogimi perfumami. Ciężko się było z tego wytłumaczyć. Jedno jest pewne: Armenia jeszcze nieraz nas zaskoczy.

20140816_174824

Nasz obiad mimo starań też nikogo nie zaskoczył…

20140814_204606

Nas zaskoczył za to obiad przygotowany przez naszych przyjaciół w warunkach polowych

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *