IRAN – NIE ŚPIJ, ZWIEDZAJ, CZYLI CO BYŁO FAJNE, A CO MNIEJ

TEHERAN – DWA DNI TO ZA MAŁO, W KOŃCU TO STOLICA. CZY NIE? 

Na Teheran zaplanowałyśmy trzy-cztery dni, chociaż wszystkie życzliwe głosy zarówno z Polski jak i z Iranu podpowiadały, że to zdecydowanie za dużo. Co tu dużo gadać, jest w tym sporo racji, ale tak to czasem bywa, że dopóki nie pojedziesz, to się nie przekonasz. Uparłam się, że dwa dni na siedemnastomilionową stolicę, to stanowczo za mało, Karola przytaknęła, i pewnie byłoby to dużą pomyłką gdyby nie to, że w Teheranie przede wszystkim odwiedzałyśmy Hamide. Pal licho zabytki, ostatecznie zawsze były one jakąś wartością dodaną do historii ludzi napotykanych po drodze.

Niemniej jednak zwiedzanie jest integralną częścią podróżowania, dlatego drugiego dnia, kiedy Hamide była w pracy, poszłyśmy zobaczyć miejscowy Bazaar. Mimo Ramadanu, ludzi było tam mnóstwo, a w związku z tym, że teherański bazar znajduje się w dość konserwatywnej dzielnicy miasta, wszędzie przemykały kobiety w czadorach. Dziwny to widok, tak zupełnie inny od naszej europejskiej codzienności.

backstreets of bazaar

Bazar w Teheranie jest wielki, i o tym warto pamiętać. Warto też wiedzieć, że mapy targowiska mają umiarkowane przełożenie na rzeczywistość, i tak oto, po dwóch godzinach spontanicznego skręcania w co fajniejsze uliczki tego miasta w mieście, zgubiłyśmy się. Nie byłabym tym zaniepokojona, gdyby nie to, że było już po 17 i sprzedawcy, jeden po drugim, zamykali swoje stoiska. I tak oto stojąc w cieniu jakiegoś sklepiku, natknęłyśmy się na trzyosobową grupkę turystów, równie zdezorientowanych. Narodowość? Dwójka Hiszpanów i Polka. Jakoś w końcu udało nam się wydostać, ale Bóg jeden wie ile w to włożyłyśmy nerwów i energii.

Ostatniego zaś dnia wybrałyśmy się do ogrodów Szacha (Golestan) na północy miasta. Sam dojazd tam (autobus – metro – taksówka) zajął nam ponad dwie godziny. Co zrobić, Teheran jest ogromny.

Shoah's gardens

Rzeczone ogrody są uznawane za jedną z większych atrakcji Teheranu. Z perspektywy czasu myślę jednak, że dużo lepszym wyborem byłoby zobaczenie amerykańskiej ambasady, na co nie starczyło nam już czasu (odległości, odległości!). Ogrody są prze-o-grom-ne, a na ich terenie znajduje się cały kompleks muzeów. Polecono nam szczególnie trzy konkretne budynki. Zwiedziłyśmy jeden, Talar e Aineh, czyli lustrzany pałac. Znajduje się on w północnej części ogrodów, na wzgórzu, więc żeby się tam dostać, musiałyśmy zrobić sobie długi, a ze względu na upał i nachylenie terenu – także wyczerpujący spacer, po drodze odmawiając taksówkarzom oferującym przewóz z muzeum do muzeum. Samo wnętrze pałacu robi wrażenie, ale tylko przez chwilę, może dlatego, że na każdym korytarzu potykałyśmy się o tabliczki zakazów i nakazów. Podsumowując: to, co dla Teheranu jest unikatowe (zwłaszcza zieleń, o którą tak ciężko w innych częściach miasta), dla nas nie zrobiło aż tak wielkiego wrażenia.

ESFAHAN – NA PRZEKÓR STOLICY

To, co sprawiło, że pokochałam Esfahan to fakt, że jest zupełną odwrotnością Teheranu. Jest tu dużo zieleni, dużo mniejszy ruch, miasto jest dużo spokojniejsze i cichsze, ale przede wszystkim powietrze jest czyste i wreszcie można wziąć głęboki oddech.

Główną atrakcją miasta jest plac Imama Homeiniego (a jakże!) z którego pięknym, niewielkim bazarem można przedostać się do Meczetu Piątkowego, jednej z najbardziej spektakularnych budowli, jakie miałam okazję oglądać. Ciekawostka: na samym środku Meczetu Piątkowego znajduje się wmurowana w podłogę kamienna płyta o wymiarach mniej więcej 80x80cm. Tupiąc w nią (bądź klikając palcami, klaszcząc, wydając przy niej jakikolwiek dźwięk) będziemy mogli podziwiać kunszt architektoniczny Irańczyków, ponieważ doskonała akustyka w tym właśnie punkcie sprawi, że echo naszego tupnięcia będzie rozchodzić się miarowo po całym, przeogromnym meczecie. Fajna zabawa!

20150715_141640

Będąc w okolicy Placu Imama Homeiniego warto kierować się na tyły Meczetu Piątkowego, gdzie znajduje się znany tylko lokalnym mieszkańcom labirynt korytarzy poprzeplatany drzwiami do mieszkań, który odkryłyśmy dzięki uprzejmości Sanaz. Wszystko to zbudowane jest z piaskowca i dociera tam niewiele światła, jednak wąskie korytarze sprzyjają przeciągom. Ot, taka chłodna oaza w upalnym mieście, a także miejsce potajemnych randek młodych Irańczyków, bo grube mury chronią przed ciekawskimi spojrzeniami służb porządkowych.

esf05

W Esfahan znajdują się też dwa słynne mosty, Most Trzydziestu Trzech Łuków oraz Most Khaju, oba datowane na XVII wiek. Warto poświęcić więcej uwagi temu drugiemu, gdyż to właśnie tam Irańczycy spotykają się, grają w karty, śpiewają pieśni, a w Ramadanie po zmroku biesiadują. Ciekawostka: Most Khaju został przez nas ochrzczony mianem mówiącego mostu, ponieważ stojąc przy jego spodnich łukach rzeźbionych w sklepieniu, można wyszeptać coś do osoby, która stoi po drugiej stronie łuku (po skosie), a osoba ta będzie jedyną, która to usłyszy. Ot, sposób bezpiecznego porozumiewania się strażników i przekazywania informacji na odległość wielu metrów bez zdzierania gardła. Kolejna fajna zabawa!

esf17

Będąc w centrum, warto zapuścić się do dzielnicy ormiańskiej Nowa Dżulfa, okalającej katedrę ormiańską. W czasie Ramadanu bez problemu napijemy się tam herbaty i zapalimy papierosa za dnia, chociaż zdarzają się tam spontaniczne kontrole policji religijnej, więc lepiej powściągnąć się od szaleństw. Fajnym schronieniem są sklepy z dywanami, gdzie przegościnni Ormianie na pewno o nas zadbają (nawet, jesli odmówimy kupna dywanu).

Atrakcja, którą jednogłośnie okrzyknęłysmy z Karolą najlepszą w całym Esfahan są trzęsące się minarety – Ateshkadeh-Ye Esfahan. Jest to niewielka budowla z dwoma maleńkimi minaretami. Gdy ktoś wejdzie na szczyt jednego z nich, wystawi ręce przez otwory w murze i ‘potrząśnie’ nim, drugi minaret również się zatrzęsie. Ale nie to było powodem, dla którego to miejsce tak bardzo przypadło nam do gustu. Otóż pokaz trzęsienia wieżyczkami odbywa się o każdej pełnej godzinie, a robi go mężczyzna, którego pracą jest właśnie wprawianie minaretów w ruch. Powtórzę: cała praca tego człowieka polega na cogodzinnym trzęsieniu minaretem, a robi to z ogromnym namaszczeniem.

esf03.jpg

Jeśli czas pozwoli, fajnie zobaczyć też zaroastryjską świątynię ogniaaleję Czahar Bagh (gdzie w czasie upałów ludzie ratują się bryzą z kilku fontann) i ociekający bogactwem hotel Abbasi, do którego moża wejść tak po prostu i przez chwilę poczuć się jak milioner (dla nas miejsce o tyle znaczące, że to tam właśnie Ehsan zabrał Sarę na ich pierwszą aranżowaną randkę).

Tak, Esfahan to jedno z najfajniejszych miejsc na ziemi.

YAZD – STACJA NA MARSIE

Yazd jest niewielkim miastem powstałym około 300o lat temu. Mieści się w centralnym Iranie, podobno. Podobno, bo ze względu na kolorystykę i zabudowę, mogłoby mieścić się na Marsie. Pamiętam, że było to nasze pierwsze wrażenie po dojechaniu do centrum autostopem (w Jaździe jedyny raz jechałyśmy autostopem, z dworca do miasta). Koliste dachy domów z piaskowca, żar, no i wszechobecna cisza, to wszystko razem robi niesamowite wrażenie i przywodzi na myśl nic innego, jak stację kosmiczną.

yazd07.jpg

yazd11.jpg

W Jaździe zatrzymałyśmy się w hostelu, który w przewodniku Lonely Planet określony był mianem hotelu robotniczego, z adnotacją, że jeśli naprawdę nie musisz się tam zatrzymać ze względów finansowych, lepiej poszukaj czegoś innego. Dziwny to komentarz, bo hotel Soroosh jest wspaniały! W cenie 20$ miałyśmy swój pokój z klimatyzacją i łazienką, zamykany na kłódkę, do którego wchodzi się z przyjemnego dziedzińca, ponadto rano dostałyśmy ogromne śniadanie, a to wszystko w jednym z budynków liczących kilka tysięcy lat. Polecamy!

yazd03.jpg

Sam Jazd do przede wszystkim starożytna część miasta i gąszcz wąziutkich, chłodnych uliczek, w których najlepiej jest się zgubić, a w razie chęci powrotu do centralnego placu, zawsze można obrać azymut na jeden z meczetów wysadzanych kafelkami we wszystkich odcieniach niebieskości, które wyraźnie odznaczają się na tle beżowego miasta. W Jaździe jest też muzeum wody, które podobno jest warte zobaczenia, chociaż z różnych względów nie było nam to dane. Tak czy inaczej, miasto jest obowiązkowym punktem jeśli czas na to pozwala, ze względu na swój nieziemski klimat.

Rzeczą, któa zdecydowanie wyróżnia Jazd spośród innych odwiedzonych przez nas miejsc, jest to, że praktycznie wszystkie kobiety noszą tam czadory (przez co dość mocno zwracałyśmy na siebie uwagę) i jest tam bardzo dużo Pakistańczyków w tradycyjnych, białych szatach. No i upał nie do wytrzymania, w końcu to miasto na pustynii.

SHIRAZ – CZY DA SIĘ PRZEPOWIEDZIEĆ PRZYSZŁOŚĆ

Shiraz było najbardziej wysuniętym na południe miastem, do którego udało nam się dotrzeć. Jest to dawna stolica Persji, a przy tym szóste co do wielkości miasto w kraju. Wbrew naszym oczekiwaniom, że im bardziej na południe od Teheranu, tym bardziej konserwatywnie, Shiraz okazało się miejscem bardzo na luzie. 

Krąży po Iranie legenda, że jeśli stoisz przed ważną decyzją bądź chcesz dowiedzieć się co cię czeka, należy zadać w myślach pytanie, a potem zdać się na poetę Hafeza, czyli otworzyć tom jego poezji na losowej stronie i przeczytać pierwszy wiersz, który będzie odpowiedzią. Pomyślałam zatem, że gdzie sprawdzić działanie takiej przepowiedni, ja nie w miejscu pochówku wieszcza. Choć lokalni Irańczycy podchodzili do mojego pomysłu raczej sceptycznie, uparłam się i w myślach zapytałam o to czy zobaczę jeszcze przyjaciół poznanych w drodze, za którymi tak bardzo tęsknię. Hafez powiedział:

The days of absence and the bitter nights / Of separation, all are at an end!  (tłum. Ismail Salami)

co po krótce oznacza, ze owszem, niebawem. Kilka dni później zapowiedział się u mnie bardzo długo i niecierpliwie wyczekiwany gość, ku uciesze wszystkich sceptyków. A mi opadła szczęka.

20160126_231728

W Shiraz znajduje się najpiękniejszy bazar, na jaki trafiłyśmy w Iranie (a trafiałyśmy na nie wszędzie ze względu na zamiłowanie do panującej tam atmosfery). Warto jest się tam zapuścić i zgubić w jego wąskich korytarzykach wypełnionych po brzegi biżuterią, ubraniami, pamiątkami i…ludźmi.

Na wszystkich zdjęciach w przewodnikach, w rozdziale o Shiraz królują fotografie Masjed e Nasir ol Molk, czyli różowego meczetu. I tu informacja praktyczna: meczet obecnie jest w trakcie renowacji, cały obudowany rusztowaniami, więc nici ze spektakularnego widoku gry świateł.

PERSEPOLIS, CZYLI TAKHT-E-JAMSHID

Persepolis znajduje się mniej więcej godzinę drogi od Shiraz. Można dostać się tam taksówką, ale zdecydowanie taniej będzie pojechać marszrutką do Marvdasht i dopiero tam przesiąść się w samochód.

pers11

Wiele blogów podróżniczych odradza podróżowanie tam bez przewodnika, ze względu na stan, w jakim obecnie znajduje się to miejsce, ale nie mogę się z tym zgodzić. Pamiętam do dziś jak wielkie wrażenie zrobiły na mnie ruiny pałacu Apadana, mimo, że faktycznie nie pozostało z nich aż tak wiele. To chyba jedno z takich miejsc, które widzi się na zdjęciach, ale wydają się tak odległe, że nieosiągalne. Na dodatek nie spotkamy tam zbyt wielu zachodnich turystów (poza wspomnianymi wcześniej Hiszpanami i Polką, których swoją drogą spotkałyśmy też w Yazd), za to znowu rzucać się będą w oczy kobiety w czadorach, które nadają temu miejscu niesamowitego klimatu. Warto poświęcić trochę czasu i energii i wdrapać się na dwa wzgórza z grobowcami, widok z góry na ruiny maista jest tego wart.

TABRIZ, CZYLI NAJWIĘKSZY NIE ZNACZY NAJLEPSZY

Do Tabriz dotarłyśmy po niemal dwudziestodwugodzinnej podróży autobusem z Shiraz, o dziwo całkiem wyspane, o czym możecie poczytać w notce o przemieszczaniu się między miastami. Największą atrakcją tego znajdującego się niedaleko granicy z Armenią miasta jest Bazar-e-Tabriz, największy zadaszony bazar na świecie i jeden z najstarszych na Bliskim Wschodzie, wpisany na listę UNESCO. Nie ukrywam, że miejsce to było jednym z powodów, dla których pomysł pojechania do Iranu w ogóle wpadł mi do głowy (po prostu kocham orientalne bazary).

tabr01

Ze względu na ogólne zmęczenie i wieczne niedospanie, a także to, że za chwilę miałyśmy jechać na miesiąc do Armenii, gdzie takie luksusy jak autobus VIP planowałyśmy zastąpić autostopem, bazar w Tabriz był jedynym miejscem, które chciałyśmy tam odwiedzić. Niestety, okazało się, że wcale nie tak łatwo tam trafić. Z zewnątrz bazar raczej się nie wyróżnia, więc najlepiej chyba dostać się do centrum i popytać ludzi o to gdzie jest wejście (a jest ich kilka).

Niestety, sam bazar był sporym rozczarowaniem (choć piszę to z ciężkim sercem). WIęcej tam było chemii gospodarczej, niż lokalnych wyrobów, ale ostatecznie targowisko ma służyć ludziom, a nie turystom. Chyba najprzyjemniejszą częścią jest ta z dywanami, ale i ona pozostawia wiele do życzenia (w przeciwieństwie do bazaru w Shiraz czy Esfahan). Musze jednak przyznać, że zapach kupionych tam przypraw budzi we mnie pewien sentyment, zwłaszcza, jak przywołam w pamięć spektakl, który sprzedawca uczynił z odważania ich. Czy warto tam iść? Cóż, dla mnie wszędzie warto.

Wspomniałam o tym, że planowałyśmy zwiedzić tylko bazar, ale Karola jest doskonałym lekiem na moje lenistwo w podróży i zarządziła zwiedzanie Masjed-e Kabūd, czyli niebieskiego meczetu. Budowla znajduje się dość daleko od bazaru, ale warto się tam przejść, wejść do środka (pamiętajcie, żeby zdjąć buty) i posiedzieć trochę w ciszy obserwując nie tylko sklepienie, ale i ludzi, którzy go zwiedzają. To właśnie robiłyśmy, kiedy przysiadł się do nas przewodnik turystyczny i nieodpłatnie, z własnej woli opowiedział nam nie tylko o tym miejscu, ale i o całym mieście. I jak tu nie tęsknić za Iranem?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *