IRAN -HELLO, I LOVE YOU MISS, CZYLI O LUDZIACH.

Gdyby zebrać wszystkie legendy o Irańczykach w jedno zdanie, brzmiało by ono mniej więcej tak:

“Irańczycy są narodem niezwykle gościnnym, dlatego, chcąc wybrać się w podróż po terenach dawnej Persji, należy, drogi podróżniku, liczyć się z tym, że ilość odwiedzonych domów, wypitej herbaty, przedyskutowanych tematów oraz wyrecytowanych wierszy Hafeza przekroczy twoje wszelkie oczekiwania.”

Gdyby natomiast dokonać tego samego bazując na samych stereotypach, wyszłoby coś na kształt:

“Irańczycy, którzy właściwie są Arabami, są narodem cechującym się kompletnym brakiem poszanowania dla praw człowieka, kierującym się w życiu wolą Allaha, rzadko zaś zdrowym rozsądkiem, dlatego, drogi podróżniku, a zwłaszcza podróżniczko, miej się na baczności, jeśli jeszcze nie zrezygnowałeś z podróży, a ponadto nigdy nie zapuszczaj się do czyjegoś domu, gdyż nigdy nie wiadomo, kto w piwnicy potajemnie konstruuje broń masowego rażenia.

Jacy naprawdę są Irańczycy? Mając na uwadzę fakt, że w kraju żyje blisko osiemdziesiąt milionów ludzi, odpowiedź na to pytanie w sposób obiektywny jest absolutnie niemożliwa. Nasza próba opowiedzenia o Irańczykach, to ludzie, których spotkałyśmy na naszej drodze.

Ale zanim o ludziach, kilka zdań o stereotypach:

  • Iran nie jest krajem arabskim. Po prostu nie jest, kropka.
  • Język perski znacznie różni się od arabskiego. Arabski należy do rodziny języków semickich, czyli, o ironio, dużo bliżej mu do hebrajskiego, niż do perskiego. Perski zaś jest językiem z grupy indoeuropejskiej. Alfabety perski i arabski są do siebie podobne, ale polski i norweski też, czyż nie?
  • Spora część Irańczyków jest sceptyczna wobec Islamu. Ustrój sobie, ludzie sobie.
  • Prawa człowieka są dużym problemem Iranu. Więcej w poście o wolności w Iranie.
  • Irańczycy raczej brzydzą się przemocą. Mówimy tu o prawie osiemdziesięciu milionach zwykłych ludzi, mężczyznach prowadzących taksówki, kobietach opiekujących się domem i dzieciakach biegających do szkoły.

Hamide

O Hamide mieliście już okazję przeczytać w poście, w którym opisywałyśmy nasze problemy z uzyskaniem wizy. Już sama jej postawa, gdy kompletnie nas nie znając, wzięła za nas pełną odpowiedzialność przed władzą, tym samym umożliwiając nam przyjazd do kraju, jest świadectwem pewnej postawy Irańczyków wobec rzeczywistości, w której przyszło im żyć po rewolucji ’79.

oops

Hamide, Far, Karola i Gosia na Zielonym Moście w Teheranie

Hamide jest dwudziestokilkulatką pochodzącą z konserwatywnej rodziny z okolic Shiraz, która na studia przyjechała do Teheranu. Studiuje anglistykę, pracuje w liniach lotniczych. Jest osobą bardzo wierzącą, jednak pomimo Ramadanu, w pierwszym dniu naszego przyjazdu zaprosiła do siebie przyjaciółkę, żeby pomogła jej przygotować Tah-deeg, tradycyjny irański ryż, który – tego jestem niemal pewna – łapczywie jadłyśmy jeszcze przed zapadnięciem zmroku.

Ponadto Hamide jest osobą bardzo zaangażowaną w związek ze swoim chłopakiem. Wiedząc, że do niej przyjeżdżamy, poprosiła nas, żebyśmy ze strony Bayern Munchen zamówiły gadżety z logo tej drużyny, które ostatecznie z Niemiec, przez Polskę, Ukrainę i Turcję dotarły z nami do Teheranu, a wszystko dlatego, że jej chłopak jest wielkim fanem BM i tak się złożyło, że akurat miał urodziny (zamawianie przesyłek z Europy do Iranu było w tamtym czasie kompletnie niemożliwe). W tym wszystkim Hamide nie poprosiła o nic dla siebie.

Do noszenia chusty Hamide podchodzi z dużą nonszalancją. W kwestii obowiązujących w jej kraju zasad ubioru (wszystko długie i luźne, tak po krótce), cóż, Hamide w miejsce szarawarów wybiera legginsy.

Hamide marzy o tym, żeby wyjechać z chłopakiem do Stanów.

Sanaz

Kontakt do Sanaz dostałyśmy od Mateusza, który spotkał się z nią trochę przez przypadek w Esfahan. Sanaz hostowała wtedy pewną autostopowiczkę uwaga, na nielegalnym w Iranie couchsurfingu. Karola skontaktowała się z Sanaz przez internet i tak oto dostałyśmy zaproszenie do jej domu.

Gdy dotarłyśmy do Esfahan po kilkugodzinnej podróży autobusem, Sanaz czekała na nas ze swoją starszą siostrą Sarą. Okazało się, że ich mama ciężko zachorowała i po pobycie w szpitalu wprowadziła się do Sanaz do mieszkania, żeby przez jakiś czas być pod opieką córki. Wydawałoby się, że każdy człowiek w obliczu takiej sytuacji odwołuje wizytę gości i zajmuje się swoimi sprawami, ale przecież jesteśmy w Iranie! Sanaz nie uprzedzając nas (zapewne, żebyśmy nie czuły się zakłopotane), zorganizowała nam nocleg u swojej siostry i jej męża.

Sanaz do kwestii ubioru podchodzi podobnie jak Hamide, z tym, że swoją opinię na ten temat wyraża na głos. Do całego ustroju nastawiona jest bardzo sceptycznie, i zwyczajnie wkurzają ją wszelkie mury, które napotyka, chcąc podróżować. Do tej pory jeździła dużo autostopem po Turcji, była też w pobliskiej Armenii, ale każdy podróżnik wie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Kiedyś Sanaz jeździła też autostopem po rodzinnym Iranie w towarzystwie swojego ówczesnego chłopaka (mierzącego dwa metry blond Holendra), co oczywiście nie byłoby dobrze widziane i mogłoby sprawić jej sporo kłopotów. Dlatego Sanaz, nie bacząc na konsekwencje, wytrwale udawała, ze owszem, ma perską urodę, ale Iranką to ona nie jest, no farsi, no farsi, persian I no understand.

Gdyby Sanaz miała trzydzieści lat, powiedziałabym, że jest równą babką. W wieku dwudziestu kilku lat, jest świetną dziewczyną.

20150716_172649

Siostra Ehsana, Gosia, Sanaz i Karola nad ogórkową ugotowaną w Esfahan

Sara i Ehsan

Sara i Ehsan gościli nas w swoim domu przez kilka dni. Jako, że ich mieszkanie znajduje się na obrzeżach Esfahan, rano samochodem zawozili nas do centrum, gdzie spotykałysmy się z Sanaz, a wieczorem zawozili nas z powrotem do domu.

Sara, jako, że nie pości w Ramadanie, pierwszego dnia ugościła nas przepysznym koofteh berenji.

20150714_213432

Ehsan, mimo, że pości w Ramadanie, codziennie przygotowywał nam posiłki w ciągu dnia, mówiąc przy tym, że to, że on pości nie znaczy, że my mamy głodować i post nie może być przymusem, a już zwłaszcza dla zagranicznych gości.

Sara po angielsku właściwie nie mówi, Ehsan mówi bardzo dobrze. Mimo to z Sarą rozumiałyśmy się bez najmniejszych problemów i dużo przy tym było śmiechu.

Ehsan co wieczór przygotowywał dla nas hookah, irańską fajkę wodną, robiąc przy tym niesamowity (i grożący pożarem) pokaz prawdziwego rozżarzania węgielków.

Ehsan miał swoją własną księgarnię. Pewnego razu powiedziałam mu, że bardzo chciałabym poczytać poezję Hafeza, ale angielska wersja w Polsce jest praktycznie niedostępna. Następnego dnia dostałam od niego w prezencie przepiękne, odzobne wydanie poezji wieszcza z tekstami po persku i po angielsku, które zwiększyło ciężar mojego plecaka o trzy kilogramy, ale przede wszystkim zwiększyło ciężar na moim sercu, kiedy opuszczałyśmy Esfahan. Ehsan obdzwonił pół znajomych księgarni w mieście, żeby znaleźć dla mnie tą książkę.

Sara i Ehsan mają grupę bliskich znajomych, z którymi lubią potajemnie imprezować.

Sara i Ehsan nie mogą przyjechać do Europy, bo nie mają dzieci i kilkudziesięciu tysięcy euro na koncie.

Ehsan jest najbardziej kochającym i szanującym swoją żonę mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziałyśmy.

Przy pożegnaniu cała nasza czwórka – ja, Karola, Sara i Ehsan- ryczała jak bobry. Bo żegnanie się z perspektywą spotkania się w niedalekiej przyszłości jest znośne, ale żegnanie się z tak niesamowicie pieknymi ludźmi zdając sobie sprawę, że na drodze do ponownego spotkania stoją nam setki formalności, jest jedną z tych rzeczy, których w podróży zarówno ja, jak i Karola, boimy się najbardziej.

Nader i Ash

Nader i Ash to dwaj bracia, u których nocowałyśmy w Shiraz. Kiedy byłyśmy jeszcze w Teheranie, zadzowniła do nich Hamide i prosto z mostu zapytała, czy nie chcą przenocować dwóch podróżniczek. Chłopaki prosto z mostu odpowiedzieli zatem, że chcą, wiedząc, że jako dwaj nieżonaci mężczyźni, dość mocno nadstawiają karku, godząc się na przyjęcie pod swój dach dwóch niezamężnych kobiet.

Nader jest nauczycielem angielskiego w prywatnej szkole językowej w Shiraz. Ash skończył liceum i studiuje kierunek inżynieryjny. Przed naszym przyjazdem (a przyjechałyśmy w powiększonym składzie – po drodze dołączył do nas Steve, znajomy Anglik z Irlandzkim paszportem i doskonałą znajomością perskiego) sprzątali segment, w którym mieszkali, przed kilka dni.

shir02

Nader odebrał nas z dworca autobusowego, zawiózł taksówką do domu, i przez całą drogę przepraszał, że mieszka w starym budynku, a nie w pięknym mieszkaniu, i warunki są (rzekomo) nienajlepsze, ale po prostu nauczyciele w Iranie zarabiają grosze i stać go było jedynie na wynajęcie takiego domu.

Dom chłopaków to niewielkie, przytulne, dwupiętrowe gniazdko z dużym, ogrodzonym murem dziedzińcem, na którym każdego wieczoru przyrządzaliśmy jedzenie i graliśmy w karty w towarzystwie ich znajomego – Aliego – największego oszusta karcianego, jakiego ta Ziemia kiedykolwiek nosiła.

Nader ma ogromną wiedzę o świecie, a jednocześnie jest go ciekawy, niczym małe dziecko, które nagle zdaje sobie sprawę, że jego świat to nie tylko dom i podwórko, ale też setki innych miejsc. Dlatego właśnie zadaje mnóstwo pytań, wszystko go cieszy, wszystko chciałby zobaczyć, marzy o podróżach i zwiedzeniu innych krajów, przede wszystkim jednak o poznaniu wielu, wielu ludzi o innych zwyczajach i wywodzących się z innych kultur.

Nader nie ma paszportu, ponieważ żeby go dostać, musi wypełnić dwuletni obowiązek służby wojskowej.

Nader i Ash robią najlepszego kurczaka z grilla na świecie. Kropka.

Ash w przerwach od nauki francuskiego oprowadzał nas po Shiraz i zabrał nas do leżącego nieopodal Persepolis. Jako, że bilety do Persepolis dla turystów kosztują mniej więcej trzynaście razy więcej, niż bilety dla Irańczyków, Nader powiedział mężczyźnie w kasie, że wszyscy jesteśmy Irańczykami. Mężczyzna ów raczej w to nie uwierzył, ale co mu tam, sprzedał nam bilety po cenach nieturystycznych.

Ash ma niesamowite poczucie humoru. Wszystko wypowiada bez większych emocji, dlatego nigdy nie wiadomo, kiedy żartuje, a żartuje często.

Nader i Ash są chodzącą legendą o irańskiej gościnności.

Ali, Perski Książe

Pamiętacie grę Prince of Persia? Do dziś nie możemy się z Karolą nadziwić, że tytułowa postać jest blondynem. Otóż z naszego doświadczenia wynika, że perski książe tak naprawdę jest niemal dwumetrowym Irańczykiem kurdyjskiego pochodzenia, z burzą czarnych loków.

Aliego poznałyśmy będąc na spacerze w okolicy grobu tego Hafeza. W związku z tym, że Steve mówi płynnie po persku, obaj weszli w tryb farsi i tym samym Ali do końca spaceru wytrwale ignorował zarówno mnie, jak i Karolę. Po spacerze poszliśmy wszyscy do Nadera na obiad. Kiedy czekaliśmy pod piekarnią (już po zmroku) na chłopaków, aż kupią świeże pieczywo, Ali zapalił papierosa. My też chciałyśmy, ale Ali stanowczo nam tego zabronił, dzięki czemu na jakieś pół godziny został przez nas po cichu ochrzczony mianem konserwatywnego, nadętego ignoranta (do tej pory nie miałyśmy najmniejszych problemów z paleniem w miejscach publicznych po zmroku, właściwie sporo kobiet w Iranie pali).

Kiedy już weszliśmy na dziedziniec domu Nadera, Karola nieśmiało zapytała Aliego, czy może zdjąć przy nim chustę z głowy. Ali wybuchnął śmiechem i powiedział (a właściwie pokazał, bo nie mówił po angielsku), że pewnie że tak, co to za pytanie, a w ogóle to on ma dłuższe włosy od niej. Ali nie był konserwatywny, Ali zwyczajnie nie chciał, żeby ktoś rzucał do nas jakieś niemiłe uwagi dotyczące palenia, bo okolica taka sobie.

Do czwartej rano grałyśmy z Alim w karty i, uwaga, w Mortal Kombat. Jeśli chodzi o gry, Ali jest straszliwym oszustem. W życiu za to jest raczej podrywaczem.

Inni ludzie

Nasz pobyt w Iranie to także dziesiątki obcych ludzi, którzy zapraszali nas na herbatę, zagadywali, pomagali i oprowadzali. Wśród nich najlepiej pamiętamy:

  • Dziewczynę, która w Teheranie, w ogrodach Szaha, śledziła nas podenerwowana przez dobre dwadzieścia minut, by w końcu zdobyć się na odwagę, podejść, powiedzieć nam ‘Hello! How are you? I love you!’ i uciec (Irańczycy korzystają z każdej okazji, żeby wyrazić swoją radość z powodu obecności turystów, zwłaszcza po angielsku)
  • Pana w metrze, który widząc, że wgapiamy się w mapę, zaprowadził nas do miejsca, w które chciałyśmy się dostać, fundując nam przy tym przejażdżkę męskim wagonem i zostawiając swoją wizytówkę na wypadek, gdybyśmy potrzebowały kiedyś pomocy
  • Panią z przystanku autobusowego, która nie dość, że zapłaciła za nasze bilety, to jeszcze przez całą drogę opowiadała nam o Iranie (dość głośno krytykując system) i zaprosiła nas na basen, na którym pracuje, a czasem nawet prowadzi zajęcia jogi
  • Właściciela hostelu w Tabriz, który wygląda jak Louis de Funes żywcem wyjęty z filmów o żandarmie
  • Właściela hostelu robotniczego w Yazd, który najpierw na nas nakrzyczał, bo się spóźniłyśmy, a potem okazał się najmilszym człowiekiem na ziemi. Taki trochę żartowniś

I tacy to właśnie są ci Irańczycy.

(Do dziś mamy bliski kontakt z Hamide, Sanaz, Sarą, Ehsanem, Naderem i Ashem)

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *